Barcelona - Barcelona (rejs 10/12)

Autor: 
Maciej Fidecki
10.03.2012
„…dni mijają i tygodnie, za miesiącem miesiąc leci…” - piszemy miedzy sobą, trwa poznawanie się za magicznym pośrednictwem „sieci”. Skrzykujemy się na forach i planujemy wspólny rejs, dzielimy się doświadczeniem, wymieniamy uwagi, a nawet pirackie filmy się pojawiają…..dobrze wróży.  Przed nami kolejna wyprawa, kolejna przygoda, kolejny czas tylko dla siebie i morza-morza-morza. Dodatkowym elementem atrakcji jest przelot samolotem do Barcelony. Tym razem nie ma autokaru. Jest samolot – ohyda….Osobiście wolałbym dojść na piechotę niż wzbijać się ponad chmury. Zdecydowanie wolę wodę……
A więc stało się – nie ma czym się chwalić:
Odprawa start, lądowanie, odbiór bagażu i szybko, szybko na nasz statek. Dojazdy metrem i autobusem nie pamiętam – myślę tylko o rejach, o linach, o naglach, o morskim świecie zarezerwowanym tym razem tylko dla nas – dla mnie. Wysiadam z miejskiej komunikacji i widzę ją! Stoi dumnie, skierowana dziobem w kierunku morza. Portowy klar, czysta i gotowa do kolejnej wyprawy. Nieświadomie przyspieszam kroku i wchodzę na pokład. Kolejny raz wchodzę na pokład i witam się z Nią. Niezmiennie gościnna, dostojną i radosną. Kładę rękę na nagielbank grotmasztu (który to już raz) i mówię cześć. Jestem. Napotykam znajome twarze, ściskam ręce, klepie po barkach.
Zajmuje kojo – znów te same. Jestem w domu, w drugim domu.
Zmęczenie podróżą zwycięża. Padam o 23 i staram się zasnąć. Około 3 nad ranem budzi mnie nieopisany hałas i harmider. Co się dzieje???? Sztauowania przyszedł czas? Nie, to młodzież z kubryka dziobowego wróciła z miasta.  Oni pierwszy raz…… Nie znają co to zmęczenie, nie wiedzą jak cenna jest każda minuta snu….Uśmiecham się do siebie – wiem, że po minięciu główek portu szybko się zweryfikuje odwaga i hardość każdego z nas. Ja już wiem, w trzeciej dobie jest inaczej…..”…znowu wachta, godziny niespania....morze niebu i gwiazdom się kłania…”
 
11.03.2012
Rusza okrętowe życie, ustalony, powtarzalny i przewidywalny cykl. Tak zaplanowany aby załoga nie miała czasu na nudę. Tak opracowany aby każdy miał zajecie, a bezpieczeństwo było ponad wszystko….”normalne dni Zejmana…”.
Nie powiem żebym lubił dźwięk alarmu. Kojarzy mi się z dzwonkiem w podstawówce, takim PRL rykiem metalu o metal….7 rano – pobudka! Ja już wiem, wstaje przed siódmą, mam czas na prysznic i spokój w świątyni dumania. Potem będzie bieganina…. Nie wszyscy zdążą.
Pierwsze śniadanko – rozglądam się i …..coś mało załogi. Dosypiają…a jedzonko czekać nie będzie. Oni jeszcze tego nie wiedzą, to nie jest Bar 24H.
Apel, podstawowe zasady życia - nic nowego. Zaczynamy szkolenie. Zasady bezpieczeństwa, obsługi żagli, poruszania się po jachcie, praca na rejach, wanty. I te nazewnictwo….. „nowi” wytrzeszczają oczy – o co chodzi…..A jeszcze niedawno tacy butni…Tworzy się grupa „rejowców’. To taka kasta na statku, na których w każdych warunkach można polegać. Dla nich reje to codzienność. A jak buja – tym lepiej. Aby częściej, aby więcej, aby wyżej….i ja tam byłem….
1330 – wychodzimy w morze. Warunki wymarzone, lekki wiaterek 3 do 4, morze lekko kołysze (2 do 3). Na trawersie mamy główki i …Prezesa Klubu Neptuna. Nie trzeba było długo czekać. A jeszcze niedawno taki hałas w nocy….a teraz cisza i zawiniątko w kucu na koi…”…cierp moje ciało…, ….przyszedł do mnie paw, Powiedział mi dzień dobry panu!...”
Pierwsza wachta. Ta jedna z ciekawszych - od północy. Spokój, obserwujemy przyrządy i płyniemy do przodu. Patrzymy na horyzont, gdzie z niebywałą prędkością pojawia się i przesuwa żywo świetlny punkt. Nasuwa się pytanie: wodolot, odrzutowiec, Ufo? I to startujący z wody, z morza. Budzimy Pierwszego. Patrzymy, szukamy odpowiedzi, obserwujemy przyrządy, analizujemy mapy…….i pada pytanie „a czy sternik trzyma kurs…” I niech zostanie to zagadką dla innych….
Ranek powitał nas para delfinów bawiących się naszym statkiem.
 
12.03.2012
Idziemy w kierunku Majorki. Do portu wchodzimy o 8 rano. Stajemy na kotwicy i muringach. To takie obrzydliwe, obślizgłe, śmierdzące liny zastępujące polery. Ustawiamy jednostkę pod czujnym okiem bosmana Henia. To legenda. Żart na ustach, pewność siebie i życzliwość. Mój przydział to I wachta. Mamy co robić na dziobie – i mamy obok siebie Bosmana. Jest wesoło.
Śniadanko i czas wolny. Organizujemy wypad do miasta. Czas zabawić się w chińskich turystów. Aparaty foto w ruch. Tłuczemy zdjęcia.  I tu rodzi się baśń: „O biegaczach i kozach”
Na górskich stokach roi się od baranów, owiec i kóz, a także – co ciekawe cyklistów  i biegaczy. Dowiadujemy się z poufnych źródeł, że te zwierzęta są skupione w tajemnych klanach napadających na ludzi, zabierających im rowery i tym samym promujących zdrowy tryb funkcjonowania – bieg. A więc……pod górę człek jedzie na rowerze, a z górki już biegnie.
Czas mija nieubłagalnie. Zbliża się wieczór. Spotykamy się w tawernie – a tam to już tylko…”morskie opowieści…”
 
13.03.2012
Sen nadchodzi szybko. I jakoś cicho w kubryku….czyżby trzecia doba?  Tak, zaczynamy doceniać chwilę wytchnienia…
I znów ryk dzwona alarmowego, śniadanko, alarm manewrowy i wychodzimy z portu. Tym razem kierunek Ibiza. Dziś mamy Kambuz. Gdy jesteśmy na morzu bardzo lubię te wachtę. Czas leci, człek robi cos pożytecznego…..i może się dopchać z pazerstwa jedzonkiem. A co robi reszta załogi?....”….a załoga reperuje sieć…”
Cóż, słońce świeci, wiatr w mordkę, morze się uspakaja….istny Ciechocinek (na razie). Bosman angażuje w niejakie Tetate. Porywa do pracy leni i zapewnia im rozrywkę przy szorowaniu pokładu, malowaniu klasy, robieniu „kotów”. Nie ma miejsca na fuszerkę, krętactwo czy ściemę. I tak ucieka cały dzień.
Nieubłagalnie nadchodzącą noc staramy się przegonić śpiewem i nutami płynącymi z gitar i harmonijek. To już pełnia rejsu.
 
14.03.2012
Godzina 1.25 dała się zapamiętać jako potworny ryk rzucanej kotwicy i oddawanego łańcucha. Idzie jedna szekla, druga….stoimy. Tak, w kubryku dziobowym słychać każdy ruch, każdy oddech naszego statku.
Ale już za chwilę, w ciszy dosypiamy do rana.
Apel – wychodzą ludzkie postacie, jak zjawy….jak ludzkie cienie w koszmarze…..najpierw głowa, która znika, ręce bez tułowia, same nogi…..bo….bo panuje potworna mgła. Rozlane mleko, buchająca para….To zjawisko od tej pory będzie nam towarzyszyć systematycznie. Niesamowite, niewytłumaczalne i straszne. Ale i ciekawe, a przede wszystkim pouczające. Ponad nami rozlega się buczenie rogów mgłowych na główkach portu. Nic nie widać…
Mgła, tak jak szybko się pojawiła, tak szybko opada. Widzimy przed sobą miasto. Stoimy na kotwicy – a to oznacza, że dziś będzie kolejna atrakcja. Będziemy pływać pontonem. Bo jak inaczej dostać się na brzeg?
Ibiza gości nas do późnych godzin popołudniowych.
Tak jak przypłynęliśmy, tak wracamy pontonem. A na pokładzie Bosman i dwóch mechaników rządziło polowanie na morskie potwory. Aby mieć prawdziwie morską kolacje wystarczy malutka świecąca przywieszka i szpula żyłki. Efekty zaskakujące: 1 Kalmar i dwie Sepie. Prawdziwie morskie cuda….Tym bardziej że jak się okazało nie pałają do siebie sympatia i w jednym wiadrze urządziły pojedynek godny gladiatorów. Kalmar owinął swoimi mackami Sepię, a ta przerażona i wściekła wyrzuciła z siebie ogrom ciemnej, brudzącej cieczy. Brudzącej nie tylko wodę – jak się okazało, ale także nasze ubrania. Niestety na nic się zdały porywy i walka o przetrwanie. Nasz Kuk – Złoty przygotował z nich fantastyczne smażone cudeńka. Jak przystało na mistrza Złotej Patelni….
Po udanych połowach przyszedł czas na koncert Szantowy w Klasie. Orkiestra w pełnej krasie: Nasi kapitanowie przy akompaniamencie harmonijek raczyli nas porywistym koncertem do późnych godzin nocnych.  Nasze śpiewniki poszły w pył…..Niestety przerywane nieubłagalnym obowiązkiem Wachty Kotwicznej. A kręci nas, kręci….i ta mgła…i ten ryk syren….
Co czuł Odyseusz gdy przepływał w pobliżu Ibizy i Formentery….gdy we mgle słyszał ryk morza i świst wiatru….a może to syreny? Czy je widział, czy był tak przerażony i wycieńczony że świadomość zaczęła płatać figle…Jedno jest pewne, byliśmy na jego szlaku i spotkaliśmy tę mglę…i jak się okaże – nie jedyny raz.
 
15.03.2012
Zapadamy w sen. Na naszym statku cisza. Jak szybko i jak niewiele potrzeba abyśmy zaczęli żyć okrętowym rytmem. Każda minuta wolnego – przytulam głowę i śpię…
„…nie będę Wam już więcej plótł…” 7 rano…
Śniadanie, apel i wychodzimy w morze. Niestety, przed nami ostatni przelot – kierunek Barcelona. Nadzieja na wiatr – niewielka, nadzieja na wiatr NIE W MORDĘ – jeszcze mniejsza. Czasem myślę, że lepiej by było gdybyśmy nie posiadali DieslaGrota. A tak, niestety – zawsze do celu….i to pod wiatr. I na czas…..I została już tylko jedna doba na Pogorii. I znów zaczyna ściskać w gardle….I dlaczego znów patrzę prosto w wiatr, który suszy oczy….
Wiat zero, słońce w pełni, a na pokładzie Ciechocin. To już nie Ciechocinek – to Ciechocin. Bezwstydne blade gęby wystawiające swoje pęciny do słońca. Łapią opaleniznę – przecież po powrocie trzeba się pochwalić.
Ale czym…..gdy wiatru brak, morze przypomina sztruksik, a nasz statek idzie 6 węzłów po wodzie gładkiej jak bilardowy stół.
I niby tak od niechcenia, nagle obok nas przepływa żółw. O ironio losu…..ilu ludzi zabrało morze bo nikt ich nie widział. A tu – jeden żółw, jedna Pogoria, jeden rejs i są burta w ….skorupę. A w oddali? Dwa wieloryby, oj tam, oj tam, niby nic – dwa wielkie kloce płyną i tryskają fontannami. I delfiny – łoj, przecież to dla nas codzienność.
I nikt się nie spodziewał kolejnej atrakcji jaką zgotuje nam morze. W lewej burty słychać głos „oka” coś różowego na 10. Co to jest. Patrzymy na mapy – brak danych. Patrzymy na „isa” brak danych. Patrzymy przez lornetę – wygląda jak szalupa ratunkowa, jak ponton….Patrzymy na „nawteka” brak info o ostrzeżeniach, sztormach….Co to jest. Poruszenie na pokładzie. Wszyscy w gotowości. Coś się dzieje….Nasz „niezidentyfikowany” przedmiot pływający przybliża się, mijamy go prawą burtą. Tajemnicą pozostanie co widzieliśmy. Pomarańczowa, potężna skrzynia pływająca – pewnie przytwierdzona do dna….Zgłosimy to w porcie.
I jakby atrakcji było mało, a pogoda dopisuje rodzi się pomysł fotografowania naszego pięknego okrętu. Więc typujemy szanowne delegacje z każdej z wacht. Opuszczamy ponton i urządzamy szalony maraton zdjęciowy wokół pełno żaglowej Pogorii. To ostatki tchnięć wiatru. I nawet żagle wypełnione….
A tym czasem czas na pokładzie upływa na pracach bosmańskich –oj przepraszam. Na małym Tetate…. A wiec polerujemy dzwon.  Niby nic dziwnego w tym zajęciu – gdyby nie fakt iż dla pierwszej wachty szklanki to świętość. Więc nawet gdy dzwona nie ma na swoim miejscu – rozlega się jego dźwięk. I tylko nasz Oficer cicho dopowiada…”ja reki do tego nie przykładam…”.
Nieubłagalnie kończy się dzień i zapada noc. Ostatnia noc na morzu. I ostatnia wachta. Ta najfajniejsza. Od 0 do 4. Wtedy jest taka cisza, gwiazdy, woda i ty…I tu znów niespodzianka. Przygotowując posiłek w kambuzie, około 24 pojawia się wśród nas olbrzymi osobnik bez słowa się przysiada, pożera wszelkie jadło ze stołu, wypija do cna napoje i znika – bez słowa – tak szybko jak się pojawił…..czyżby ”latający holender….” Suto zastawiony stół został pozbawiony pokarmu a my…w niepojętym podziwie i zdumieniu udaliśmy się na wachtę. Ostatnią wachtę nawigacyjną.
16-03-2012
Ranek przywitał nas pięknym słońcem i cieplutkim tchnieniem wietrzyku. Niestety zbyt słabego aby stawiać białe płachty – więc niestrudzenie brniemy do przodu na dieslu. Do główek portu pozostało około 20-30 mil i znów nas zaskakuje przywoływana już nie raz mgła. Pełna gotowość, zwalniamy do prędkości manewrowej, załanczamy róg mgłowy i powolutku, powolutku do przodu. Wrażenie niepojęte, rozlane wokół nas białe mleko, widoczność 100 metrów. Czyżby zemsta Neptuna….ale za co?
Bladogęsta zmora Sternika tak jak szybko się pojawiła, tak szybko znikła…”i kiedy wiatr tę mgłę zwiał, w Barcelonie przy kei nasz statek stał…”
I to już koniec.
A najlepsza Sangria jest na La Rambli….
I z wielką zazdrością i smutkiem w sercu patrzę na nową załogę wchodzącą po trapie:
„…popłynęli koledzy w rejs, fale ich kołyszą gdzieś…”
 
Opublikowano: 
sobota, 17. Marzec 2012 - 1:00