Jejku, jejku no mówię Wam...

Autor: 
Iwona Stępień
 Jejku, jejku no mówię Wam jaki rejs za sobą mam…,
czyli subiektywny dziennik pokładowy wachty nr III
z rejsu 10 – 17 marca 2012 r. z Barcelony do Barcelony przez Majorkę (port Soller) i Ibizę 

 
W rolach głównych:
a także wachta nr III, która bardzo szybko została nazwana "Wachtą z ADHD":
  •  Janusz Ostachowski - oficer III wachty
  • Piotr Trzaska - Starszy (Straszny) Wachty
  • Wiola Balmas
  • Ania Mokrzyńska
  • Iwona Stępień
  • Teresa Zelek
  • Tadeusz Jaźwiński
  • Witek Pietruk
  • Witek Stępień
  • Piotr Władyka - Gonzo, a od pewnego dnia zwany "Gonzo 3 po"
  • Piotr Zelek
W rolach drugoplanowych (co oczywiście nie oznacza, że są to osoby mniej ważne, a jedynie odrobinę rzadziej pojawiające się w naszym pokładowym życiu): 
  • Janusz Garduła - Kapitan
  • Waldek Mieczkowski - z-ca Kapitana, szantymen
  • Ania Kiełbik-Piwońska – oficer(ka) I wachty
  • Krzysztof Popek - oficer II wachty
  • Piotr Sadowski (Sadoś) – oficer IV wachty
  • Piotr Lewandowski - Złoty - cook, szantymen
  • Henio Czerniecki - starszy oficer, bosman,
  • Marcin Szugaj - chief mechanik
  • Zenon Piecek - mechanik
 
Dzień pierwszy
Do Barcelony docieraliśmy na kilka sposobów. Dla Piotra T. i Gonza to był drugi tydzień na Pogorii więc już na nas czekali, Tadeusz przyleciał przed południem (z samolotu widział jak Pogoria wpływała do portu – farciarz… ). Reszta wylądowała w Barcelonie ok. 15.00, a o 15.34 będąc w taksówce Wiola, Teresa, Iwona, Piotr Z., Witek & Witek otrzymali smsa o treści: "Proszę całą 3 wachtę o powrót na pokład NIE PÓŹNIEJ niż o 16. O tej godzinie zaczynamy wachtę kambuzową. Piotr". Śmiechu było co niemiara... O 15.59 podjechaliśmy pod Pogorię - radość Piotra T. - bezcenne... (uwieczniona na filmie). Już o 16.00 prawie wszyscy zaczęliśmy przygodę ze Złotym – jedynie Ania szalała po Barcelonie z wachtą nr II nie przeczuwając nawet, że czeka ją tydzień z najfajniejszymi ludźmi na pokładzie, a Witek P. i Gonzo zostali delegowani do pilnowania trapu.
 Złoty "z uśmiechem" na ustach wydawał polecenia, dyrygując nami przy przygotowaniu kolacji dla 100 osób - o 17.30 kolacja dla starej załogi, o 18.30 kolacja dla nowej załogi. Wiola i Teresa zaprzyjaźniały się z krajalnicą, Piotrek Z. zajął zaszczytne miejsce w pentrze (dla szczurów lądowych – zmywak), Iwona odwiedziła chłodnie i jednym z podstawowych problemów było jak otworzyć te ogromne drzwi bez potrzeby proszenia Złotego o pomoc. Jak zamknąć było wiadomo od początku – walnąć tak mocno jak to tylko możliwe (nie zawsze udawało się za pierwszym razem i wtedy Złoty krzyczał: „Za lekko!!!”). Uwaga ważna informacja – przy układaniu sera i wędliny na półmiskach bezwzględnie trzeba pamiętać, że nic nie może wystawać poza półmisek!!! Umyliśmy i wytarliśmy ok. 100 talerzy, 400 sztućców, 100 kubeczków, kilka mniejszych lub większych garnków, tacek, misek, chochelek, pokrywek itp., itd. (chociaż nasze wrażenie było, że umyliśmy co najmniej kilka tysięcy naczyń) i już około 20.00 po raz pierwszy wyszliśmy poza kambuz. Aha, w międzyczasie Starszy dokonał sprytnej zamiany Maćka Biernackiego na Anię (poniekąd było to pochylenie się nad losem narzekającego na swój pentrowy los Maćka) – to był udany deal (sorry Maciek). Nieoczekiwanie do walki o Anię włączyły się również pozostałe dwie wachty, ale Piotr dzielnie odrzucał kolejne propozycje, nawet tę, w której proponowano tyle złota ile sam waży.
 
Jak już zrobiliśmy wszystko, co było do zrobienia pod pokładem Piotr T. zabrał nas na wycieczkę po Pogorii, a potem poszliśmy na spacer po porcie i na zakupy. Po zakupie piwa Tadeusz namawiał nas na wypicie tego, co kupiliśmy w pobliskim mini-parku, ale wtedy jeszcze zbyt mało się znaliśmy i grzecznie usiedliśmy w pierwszej lepszej knajpie.
Z kronikarskiego obowiązku muszę zaznaczyć, że na naszą prośbę o rachunek kelner zapytał nas "Why?" na co wszyscy zgodnie uznaliśmy, że oznacza to, że nie musimy płacić i chcieliśmy wychodzić...
 
Po powrocie na Pogorkę zaczęły się szanty w klasie w wykonaniu Kapitana i Waldka. Jednak część z nas większość wieczoru spędziła na pokładzie robiąc zdjęcia (Witek P.) albo - znam co najmniej dwie takie osoby - szwendając się po pokładzie i usiłując znaleźć odpowiedź na pytanie: "Co ja tutaj robię do jasnej cholery?" i "Kto mnie na to namówił? " (na drugie pytanie znam odpowiedź...). 
 
Spać poszliśmy między 0.30 a 1.00, a już o 6.15 cztery osoby miały się stawić w kambuzie. Reszta mogła pospać nieznacznie dłużej - mieli być na wachcie o 6.45. Od początku wszystko wskazywało, że nie będą to wakacje, na których się wyśpimy, ale chyba nikt z nas nie zakładał, że 5 godzin ciągłego snu jest poważnym osiągnięciem na tej łajbie.
W tym miejscu należy kilka słów poświęcić temu jak byliśmy rozlokowani. Siedem osób - Ania, Wiola, Teresa, Iwona, Witek P., Witek S. i Piotr Z. zostało przydzielone do "ósemki". Było to pomieszczenie położone w zacisznym korytarzyku w sąsiedztwie kambuza z prawie prywatną łazienką. Naszymi najbliższymi sąsiadami byli mechanicy - Marcin i Zenek. Trzeba również wskazać, że ta kajuta mieściła się bezpośrednio nad maszynownią, w której umiejscowione zostały dwa agregaty prądotwórcze. Ponieważ (jak zostaliśmy poinformowani), na Pogorii prądu się nie oszczędza - agregaty te pracowały cały czas (na szczęście na zmianę). Na początku niektórzy twierdzili, że nie mogą przez to spać, ale z biegiem godzin nie było to już problemem - sen był towarem na tyle deficytowym, że każde 15 minut letargu czy to na oku czy też na wibrującej koi było nie do pogardzenia. Ósmą osobą była Dorotka z IV wachty. Oj, nie miała z nami lekko - nie da się przecież nie usłyszeć, że 7 osób wstaje o 3.40 na wachtę, ale dzielnie znosiła nasze towarzystwo. Gonzo, Tadeusz i Piotr T. zajmowali lewą czwórkę (czwartym był Sadoś) przy mesie oficerskiej, czyli naszej jaskini hazardu. To była kajuta gdzie za fioletowym (według Tadeusza) ręcznikiem, który w rzeczywistości był zielony, najczęściej znajdowaliśmy czerwony kubek Ani i gdzie w szafce Piotr trzymał herbatkę z cytrynką. Tam również mistrz spirytu Gonzo przygotowywał napitek, który na zawsze zostanie w naszej pamięci i w kubkach smakowych - Gonzocolę®. Janusz razem z Popkiem zajmowali lewą dwójkę, tuż obok kabiny Kapitana.
 
Dzień drugi
Dzień zaczął się wcześnie – Teresa, Wiola, Iwona i Piotr Z. (który jak twierdziła Tereska, nie lubi długo spać – co na pewno było błogosławieństwem w tych okolicznościach przyrody) o 6.15 stawiło się w pobliskiej kuchni gotowi spełniać rozkazy Złotego. Na śniadanie mieliśmy przygotować serek ze szczypiorkiem (nie ukrywajmy nie był on pierwszej świeżości) - co wiązało sie z pierwszym stresem, dodatkowo znalezienie serka w przepastnej chłodni nie było łatwym zadaniem. Wygląda na to, że jak na razie nic tak nie stresuje  załogantów III wachty jak wizyta w chłodni…
 

Reszta „wyspanej” załogi zjawiła się pół godziny później i pomogła w wycieraniu stosu porcelany i podaniu wszystkich smakowitych wiktuałów na stoły – masła (pamiętać o oderwaniu sreberka i najlepiej schować przykrywkę), cukru, serwetek i dżemu wysokiej jakości z wielolitrowych wiaderek. No i oczywiście trzeba pamiętać o odpowiednim układaniu na półmiskach…
 
O godzinie 7.00 wachta nawigacyjna obudziła wszystkich pozostających jeszcze w objęciach Morfeusza i już o 7.30 wszyscy, którzy się zmieścili (czyli 32 osoby) zasiadły do śniadania. Druga tura jadła posiłki jak tylko zwolniło się miejsce przy stole, co wymagało od wachty kambuzowej odpowiedniej organizacji przy przygotowywaniu zastawy stołowej. Pozostali, czyli wachta nawigacyjna i kambuzowa, jedli po apelu. W porannym menu: odnaleziony przez Teresę serek ze świeżutkim szczypiorkiem, oczywiście wędlinka, ser żółty, warzywka (które kroił jedynie Złoty - Teresa chyba raz dostąpiła tego zaszczytu), dżemik, chlebuś podgrzewany w piekarniku (głównie z makiem - co było utrapieniem Piotra Z. uczulonego na mak) – słowem same smakołyki.
 
O 8.00 stawiliśmy się na pierwszym apelu, na którym zostało ogłoszone, że wychodzimy z Barcelony w południe, a do tej pory mamy przejść szkolenie z zasad bezpieczeństwa, poznać statek, pojąć i zapamiętać jak się nazywają żagle, do czego która lina służy, jak się stawia sztaksle i jak się zrzuca sztaksle, jak się brasuje reje, spuszcza ponton, która tratwa jest nasza w razie ewakuacji, kiedy chodzić w szelkach, jak zawiązać pętlę na cumie i przywiązać rzutkę... Dobrze, że byliśmy wyspani, bo inaczej byłoby ciężko… No i trzeba pamiętać, że cały czas pełniliśmy wachtę kambuzową, więc z tyłu głowy mieliśmy brudne naczynia, perspektywę sprzątania łazienek, odkurzania, mycia powierzchni płaskich i szotów (ścian) na całej Pogorii, przygotowanie obiadu, no i rzecz najważniejszą – wchodzenie na reje… Już w połowie szkolenia na pokładzie byliśmy głęboko wdzięczni losowi, że Piotr T. jest naszym Starszym – inaczej mielibyśmy naprawdę duuuuże problemy z dowiedzeniem się czegokolwiek o tym, jak funkcjonuje Pogoria.
 
Co do Starszego to od samego początku mówił nam, że jeżeli będziemy mieli jakikolwiek problem to mamy w pierwszej kolejności kontaktować się z nim. Jak powiedział tak robiliśmy - zgłaszaliśmy się do niego zwykle prezentując postawę mocno roszczeniową: jesteśmy niedociążeni pracą, nudzi nam się, chcemy wyjść na reje, chcemy przebrasować reje, w ogóle chcemy coś robić. Nie miał z nami lekko… Dalej w ramach dobrych rad mówił również, że jeżeli będziemy mieli chwilę wolną i będziemy mieli ochotę posiedzieć na pokładzie to trzeba „schodzić z linii strzału Henia” ponieważ bardzo szybko można dostać nadprogramową robótkę. Ale wtedy nie wiedział jeszcze do kogo to mówi…
 
Około 11.00 role osób w wachcie podzielone zostały następująco - Tereska, Witek P., Witek S. i Tadeusz udali się na szkolenie z wchodzenia i pracy na rejach, Ania i Gonzo (którzy już byli na Pogorii i pracowali na rejach), Wiola, Iwona (mówiąc coś, że się boją) i Piotr Z. (który do końca rejsu uparcie twierdził, że ma lęk wysokości) udali się na spotkanie ze Złotym.
 
Dostaliśmy kolejne zadania typu krojenie kapusty na kapuśniak (Ania), włoszczyzny (Iwona), mycia i krojenia ziemniaków w mundurkach (Wiola i Piotr Z.). Podczas gdy Ania kroiła sobie spokojnie i niespiesznie kapustę, z kuchni wychylił się Złoty, który w krótkich marynarskich słowach skrytykował technikę szatkowania kapusty prezentując właściwy sposób. Ania grzecznie wysłuchała i cicho wyszeptała: „No i zaliczyłam pierwszą zjebkę”, gdy tymczasem zza jej pleców dał się słyszeć głos: „A mógł przecież zabić…”. Coś w tym było… Tak swoje poczucie humoru zademonstrował po raz pierwszy Zenek.
Ania zaimponowała nam wszystkich tym, że swoje pierwsze doświadczenie żeglarskie zbierała nie na Mazurach czy innych pomniejszych zbiornikach wodnych uprawiając jak to ładnie nazwał Piotr Z. "żeglarstwo szuwarowo-bagienne", ale właśnie na Pogorii. Co prawda Ania nie brała udziału w naszej imprezie integracyjnej pierwszego wieczoru, ale doskonale wpasowała się w wachtę III. Zgodziła się porzucić wachtę I i związała swój los z nami, chociaż mając takie powodzenie mogła sobie wybrać każdą wachtę – to musiało być albo przeznaczenie, albo nasz ogromny urok osobisty. Cały czas jednak utrzymywała doskonały kontakt z innymi wachtami - pewnie tak na wszelki wypadek...
Tymczasem na pokładzie pozostali wachtowicze wchodzili na reje…
Złoty stwierdził, że wydaliśmy obiad w 12 minut i że to dobry wynik. Tereska zagadnęła: „Złoty czy Ty nas chwalisz?”. Złoty odparł: „Najlepszą pochwałą są puste talerze i zadowolone miny tych, którzy jedzą to, co my przygotowaliśmy” - zaiste Złotousty…
W czasie gdy my zmywaliśmy i sprzątaliśmy Pogoria wyszła z portu, a gdy o 16.00 zaczynaliśmy naszą pierwszą wachtę nawigacyjną w dali znikała Barcelona.
 
Pierwszy za sterem stanął Tadeusz, który włączył „autopilota”, a następna z kolei Wiola gubiąc kurs przez dobre kilka minut szukała przycisku, aby go wyłączyć. Potem była Teresa i znowu Tadeusz. Co do Tadeusza to sterując wpadł na pomysł, że może powinniśmy zrobić ósemkę i sprawdzić czy to wyciągnie Kapitana na pokład. Ciekawa koncepcja, może jeszcze kiedyś przetestujemy…
Dość ciekawie wypada porównanie strojów wachtowiczów…
Szklanki (udało się!) o godzinie 18.00.
Pierwszy zachód słońca w morzu, a potem jako pierwsi stawialiśmy żagle - grosztaksla i foksztaksla.
Pełnienie wachty nawigacyjnej to nie tylko stanie przy sterze. Trzy osoby pełnią zaszczytną i niedocenianą funkcję tzw. oka. Są dwa oka dziobowe – lewe i prawe oraz oko rufowe. Oczywistym jest, że oko ma obserwować czy np. jednostka morska, która pojawiła się na horyzoncie nie przygotowuje się przypadkiem do abordażu, ale któż mógłby przypuszczać, że oko ma informować oficera o każdej zauważonej jednostce (Gonzo – dzięki za info!) – przecież to i tak widać na radarach w kabinie nawigacyjnej!
Z doświadczenia polecam oko rufowe – można przynajmniej pogadać ze sternikiem i innymi załogantami zwykle zgromadzonymi na rufie w celu dotlenienia płuc.
 
Piąta osoba spędza niezwykle aktywnie czas w kabinie nawigacyjnej jako asystent nawigacyjny obserwując radary i inne sprzęty nawigacyjne, a także nasłuchując radiostacji. Ponadto o każdej pełnej godzinie trzeba wypełnić szereg rubryk w brudnopisie, który z kolei jest podstawą do wypełnienia dziennika pokładowego.
Z powyższego wynika, że standardowo zajęcie ma jednorazowo 5 osób. Rolą więc pozostałej piątki (jeżeli nie działo się nic nadprogramowego) było tzw. „robienie nic” połączone z zapewnieniem odpowiedniego napitku i jedzenia sobie i tym, którzy akurat wypełniali trudne i odpowiedzialne obowiązki. W szafkach ósemki dostępne były nieograniczone ilości słodyczy (a co najmniej połowa z nas przyjechała z zamiarem schudnięcia), jednak kluczową rolę odgrywały napoje. Nie, nie lękaj się Drogi Czytelniku - w czasie pełnienia wacht zachowywaliśmy pełną wstrzemięźliwość, a ponieważ oczywistym było, że nie będziemy robili 11 kubków kawy bądź herbaty zwykle poprzestawaliśmy na dwóch, góra trzech. Jak jedna, wielka rodzina nie przejmowaliśmy się wymianą płynów ustrojowych i tym z czyjego kubeczka w danym momencie korzystamy. Pewnie dlatego kubeczek Ani częściej był w lewej czwórce za fioletowym ręcznikiem niż w ósemce… Jedynie rano sprawdzaliśmy co jest w naszych termicznych kubeczkach, bo przecież głupio byłoby wychylić resztki alkoholu z poprzedniego wieczora tuż przed śniadaniem bądź też (co jeszcze gorsze!) wylać nieopacznie do zlewu – to by było marnotrawstwo, a Złoty mówił, że nic się nie może zmarnować…. A już po kilku dniach prosząc: „Czy ktoś może podać colę?” proszący szybko dodawał: „Gonzo tylko nie ty!!!”.
 
O 20.00 byliśmy po wachcie. Tymczasem morze troszkę się rozbujało i po zejściu pod pokład niektórzy (Iwona i Witek P.) zaczęli czuć lekki dyskomfort (na szczęście do opanowania). Nie zważając na bujanie, w mesie oficerskiej Wiola, Tadeusz, Piotr Z. i Janusz zasiedli do pierwszej z wielu partyjki brydża. Trzy szybkie roberki skończyli po północy.
To znowu nie był zbyt długi sen, ponieważ już o 3.40 Straszny obudził nas na kolejną wachtę nawigacyjną, ale to już przecież następny dzień….
 
 
Dzień trzeci
Pobudka – 3.40, Gonzo i Tadeusz, z racji bliskiego sąsiedztwa Starszego, na pewno jeszcze wcześniej. Po nałożeniu tony ciepłych ciuchów, sztormiaków i oczywiście szelek tuż przed 4.00 rozpoczęliśmy kolejną wachtę nawigacyjną. I chociaż na filmie wyglądamy na mało przytomnych (za wyjątkiem Teresy, której widać, że poranne wstawanie służy i która pamiętała nawet o zabraniu latarki) to gwiazdy i przepiękny księżyc sprawiły, że po chwili to wstawanie nie było już takie straszne. Pierwszy przy sterze stanął Witek P., a tym którzy zostali na rufie Gonzo udzielał korepetycji z tego co świeciło w górze. Poza kursem wyznaczonym przez Kapitana, cały czas prowadziło nas światło latarni w Soller. Przed 7.00 zrzuciliśmy żagle, które wieczorem sami postawiliśmy - grosztaksla i foksztaksla oraz kliwra, którego postawiła I wachta, a zza wyspy powoli wstawało słońce. Załoganci, którzy wychodzili na pokład mówili, że nieźle bujaliśmy i przez nas nie mogli spać. Jak dla nas było super…. 
To właśnie po zrzuceniu żagli pierwszy raz wykazaliśmy się syndromem ADHD kiedy po podziękowaniu ze strony Starszego za sprawnie wykonany manewr Piotr Z. powiedział: „Spoko, możemy tak częściej”, a Wiola zadeklarowała, że chętnie sklaruje grosztaksla na portowo w kształcie beczułki.
Na apelu okazało się, że zostaliśmy zauważeni przez Kapitana, który zwrócił uwagę, że przejmując wachtę - zwłaszcza o 4.00 rano - załoganci powinni być kilka minut przed czasem. Nie wzięliśmy tego do siebie, ponieważ wszystkie posterunki przejęliśmy nie później niż o 3.59.
Po śniadaniu weszliśmy do przepięknego portu Soller. Koszt postoju – 200 EUR (wytargowane z 270,00 EUR). 
Po raz pierwszy mieliśmy okazję spuszczać ponton na wodę – kolejne nowe doświadczenie. Kapitan ustalił ze Złotym kolację na 19.00, Henio zwolnił nas z pełnienia wachty bosmańskiej i wszyscy mogliśmy spędzić cały dzień na zwiedzaniu Majorki. Pogoria wyglądała zniewalająco:
Postanowiliśmy wynająć samochody i udać się do Palma de Mallorca, jedynie Gonzo wybrał dzień w Soller. Procedurę wynajmowania samochodów koordynował Tadeusz. Witek S. na propozycję wynajęcia kabrioletu stwierdził „Kabrioletu to nie bierzmy, bo będzie wiało.” Takiego podejścia do kwestii wiatru się nie spodziewaliśmy…
W pierwszym samochodzie prowadzonym przez Tadeusza pojechali Teresa, Ania, Wiola i Piotr Z., który został poproszony o pełnienie funkcji pilota. To był niezwykle rozbawiony samochód – najpierw wszyscy dziwili się, że jest ciemno jadąc w przeciwsłonecznych okularach w tunelu, potem poproszony o informację jak dalej jechać Piotr, z właściwym dla siebie spokojem, odpowiedział: „Możemy skręcić w prawo, możemy skręcić w lewo, a jak pojedziemy prosto też będzie dobrze. Co prawda mam mapę, ale nie mam okularów…”. To, że nie spowodowali wypadku ze śmiechu należy uznać za cud.
Co do Piotra Z. to trzeba nadmienić, że jego filozoficzne podejście do życia niejednokrotnie doprowadzało nas do łez. Piotr Z. jako niekwestionowany mistrz powiedzonek bardzo często jednym krótkim, trafnym zdaniem kwitował sytuację np. ze słynny cytat ze Shreka: "Taka imprezka! Zostaję do środy!" czy też kiedy ktoś stwierdzał, że jest zimno Piotr zapinając pogoriowy polar w twarzowym kolorze asfaltu odpowiadał: "Jest zima to musi być zimno". Nic dodać, nic ująć. Pamiętajmy, że to również Piotr Z. jest autorem zdania opisującego pentrę, a które pojawia się w dalszej części tej opowieści.
Drugi samochód prowadzony przez Witka P., którym jechali Iwona, Janusz, Piotr T. i Witek S. nic nie wiedział na temat (nie)możliwości nawigacyjnych w pierwszym samochodzie i połowa pasażerów mając poczucie pełnego bezpieczeństwa cichutko pochrapywała. Nie bez trudu udało nam się zaparkować w Palmie (przypominam, że nawigator nie miał sprzętu niezbędnego do odczytu mapy), a przed przystąpieniem do zwiedzania miasta skusiliśmy się na kawę i coś słodkiego w sympatycznej kawiarence Cappuccino (sernik z truskawkami - mistrzostwo świata!). Potem dotarliśmy do przepięknej Katedry (jedyne 4 EUR), skorzystaliśmy z toalety ukrytej za niezwykłej urody drzwiami i podążyliśmy na szukanie Indianina, który miał być pochowany w jednym z pobliskim kościołów, o czym Tereska wyczytała w przewodniku Wioli. Pomimo dużej determinacji z naszej strony miejsce pochówku Indianina cały czas pozostaje dla nas tajemnicą i pretekstem do kolejnej wyprawy do Palmy. Oj, pięknie tam było, pięknie…
 
Jako, że proste rozwiązania są nam z natury obce postanowiliśmy wracać do Soller dłuższą trasą, ale za to pooglądać piękne widoki i odwiedzić klasztor w Valldemossa gdzie ostatnie lata swojego życia spędził Fryderyk Chopin. To była piękna wycieczka – górskie serpentyny i widoki morza zapierające dech w piersi do tego stopnia, że w pewnym momencie Witek P. wyjął kamerę i jedną ręką prowadząc samochód, drugą zaczął nagrywać. Na „lekko” zaniepokojone głosy pasażerów stwierdził, że przecież musi sobie potem pooglądać co go ominęło…. O Witku P. trudno jednoznacznie powiedzieć, że ma ADHD, jednak jego spokojne i niespieszne nastawienie do życia, ogromna wiedza ogólna na tematy różne (np. wyjaśnienia dlaczego pierwszego wieczoru księżyc w Barcelonie wydawał się większy i bardziej żółty niż każdego innego wieczoru) w połączeniu z ciekowością świata powoduje, że idealnie pasował do naszej wachty.
Tymczasem pierwszy samochód gnał przed siebie. Tadeusz jedynie raz zatrzymał się w punkcie widokowym i żeby było jasne wcale nie dlatego, że zachwycił go krajobraz akurat tego miejsce, ale…
 
Wykorzystując jednak okazję zrobiliśmy sobie chyba pierwsze grupowe zdjęcie.
W Valldemossa większość wycieczki udała się zwiedzać muzeum Chopina, reszta pospacerowała pięknymi uliczkami i wyruszyliśmy w dalszą drogę coraz częściej mówiąc i myśląc tylko o kolacji Złotego (jednocześnie dziękowaliśmy losowi, że to nie my mieliśmy wachtę w kambuzie).
W czasie podróży powrotnej troszkę nadprogramowo zwiedziliśmy Soller (pamiętajcie – turysta nigdy nie błądzi, turysta zawsze zwiedza!!!), ale zdążyliśmy na 19.00 na przepyszną kolację, a już o 20.00 objęliśmy wachtę trapową. Plan był doskonały – większość wachty udaje się do portowej knajpki, na wachcie zostają dwie osoby, które będą zmieniane co godzinę. Ciekawe dlaczego nikt nie chciał pełnić wachty 23.00 – 0.00… Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy, że zostajemy i w mesie oficerskiej rozpoczął się kolejny brydżyk. Pierwsze przy trapie stanęły Teresa i Iwona z lubością pytając o hasło wchodzących na trap („Żyrafy wchodzą do szafy, a pawiany na ściany.” - tylko nie mówcie nikomu!) i nawet Włosi musieli zdać ten egzamin. Potem na trapie byli Witek & Witek, którzy w czasie rozmowy z Anią Kiełbik - Piwońską dowiedzieli się, że Ania pływa 10 lat na Pogorii i pierwszy raz widzi Pogorię zaparkowaną rufą. Dalej w kolejce byli Tadeusz i Piotr Z. (który nawet założył nie wiedzieć czemu spodnie od sztormiaka), ale zespołowi Witek & Witek bardzo spodobało się pilnowanie trapu i tak dotrwali do 22.30, potem na ponad pół godzinki stanęły Wiola i Iwona, a po 23.00 Ania i Piotr T. Wykorzystując chwilową nieobecność przy stole Piotra Z., do brydża włączyła się Tereska. Przez wszechpanujący hazard znowu nie dane było się nam wyspać…
Koniecznym jest odnotowanie faktu, że Tadeusz poprosił Tereskę o rozliczenie pasażerów pierwszego samochodu z kosztów związanych z wycieczką do Palmy. Po kolejnej wycieczce na ląd do rozliczenia doszło kolejne 6 osób i kilka nowych rachunków jednak Teresa, która bezapelacyjnie jest naszą ulubioną księgową, rozliczyła wszystkich w sposób w pełni profesjonalny, chociaż nie pozbawiony sporej dawki elementów humorystycznych - jak w dobrym filmie sensacyjnym do samego końca nie wiedzieliśmy kto wyjdzie na zero, a kto na plus….
 
Dzień czwarty
Jeden z nielicznych dni kiedy obudził nas dzwonek o 7.00. Zrobiliśmy ostatnie zdjęcia i po śniadaniu objęliśmy wachtę nawigacyjną, a po dopełnieniu przez naszego Starszego formalności w porcie pożegnaliśmy piękne Soller i udaliśmy się w stronę Ibizy. W czasie podnoszenia kotwicy Piotr Z. układał łańcuch w maszynowni wkładając w to na tyle dużo serca, że jego garderoba uległa zmniejszeniu o jedną koszulkę. Na pokładzie Teresa wykonywała nie taki wcale częsty manewr zmiany kursu i skręcania Pogorią. Poza tym mieliśmy również szanse brasować reje, a ponieważ jak wiadomo ćwiczenie czyni mistrza ktoś wpadł na pomysł, że będziemy brasować reje 12 razy z rzędu (osobiście stawiam, że pomysłodawcą był Witek S.). Tego też nie udało nam się zrealizować. Trzeba przyznać, że mieliśmy szczęście do wacht nawigacyjnych – na prawie każdej działo się coś interesującego. I zawsze dobrze się bawiliśmy, a jeżeli ktoś miał ochotę mógł udać się do uzdrowiska w Ciechocinku w okolicach dziobowej zejściówki.
 
Jak wszyscy wiemy jednym z obowiązków wachty nawigacyjnej jest również wybijanie szklanek. Stojąc na rufie w pięknym marcowym słoneczku o 10.50 rozmawialiśmy o tym, ile szklanek mamy wybić za 10 minut. Ktoś powiedział „3 po 2”, a ktoś się upewnił „3 po?”. I nagle wszyscy zobaczyliśmy jak przez tłum załogantów przeciska się Gonzo i z zapałem wybija trzy pełne szklanki. Nawet Kapitan krzyknął: „Gonzo, za wcześnie!” Okazało się, że do Gonza dotarła tylko końcówka naszej rozmowy, z której wywnioskował, że nie dość, że się spóźniliśmy ze szklankami (będąc człowiekiem szczęśliwym nie nosił zegarka i nie mógł tego zweryfikować), to jeszcze nikt się nie spieszy, aby je wybić. Chcąc więc ratować honor wachty nr III popędził w stronę dzwonu…. I tak oto Gonzo został „Gonzo 3 po”, a my bogatsi o nowe doświadczenie znacznie uważniej ustalaliśmy kto, o której i ile szklanek ma wybić. Z biegiem dni w ogóle okaże się, że szklanki będą specjalnością naszej wachty…
Gonzo, jako weteran na Pogorii, dawał nam „młodym żeglarzom” nacieszyć się obowiązkami na statku. Nie pchał się jak inni do roboty, ale zjawiał się zawsze wtedy, kiedy go potrzebowaliśmy – np. kiedy brakowało rąk do żagli czy do brasowania, albo kiedy wszyscy chcieli popatrzeć na wchodzących na reje, Gonzo pojawiał się znikąd i przejmował obowiązki dając nam chwilę oddechu. Niejednokrotnie czerpaliśmy z jego doświadczenia podpytując jak powinniśmy wykonywać poszczególne komendy, albo zadając tysiące pytań o Pogorię. Nie wspomnę już o jego talencie w zakresie przygotowywania napitków…
Jeszcze przed końcem nawigacyjnej Witek S. zaczął wiercić Starszemu dziurę w brzuchu o możliwość wejścia na reje. Piotr obiecał porozmawiać z Kapitanem jednak Witek S. pierwszej spotkanej osobie – trafiło na Tadeusza – rzucił: „Szybko, szybko, zaraz wchodzimy na reje!”. Tadeusz, który pewnie planował dla odmiany trochę poleniuchować pomyślał chwilkę, zniknął pod pokładem, a po kilku minutach wrócił gotowy do wchodzenia na reje, ale jakoś tak strasznie grubo ubrany…
Mina wkręconego Tadeusza, kiedy dowiedział się, że może i wchodzimy na reje, ale niekoniecznie już tak od razu w tej chwili bezcenna…
Po obiedzie i po kąpieli w promieniach marcowego słonka w ósemce zapanowała błoga cisza - wszyscy (za wyjątkiem Wioli, która nigdy nie śpi w dzień) odsypiali zarwane noce. Po raz kolejny jednak okazało się, że co za dużo to nie zdrowo – po około godzinie zostaliśmy wyrwani ze snu przez ostry dzwonek, a po chwili wpadł Piotrek Sadowski z informacją, że są ćwiczenia z bezpieczeństwa i wszyscy z kamizelkami ratunkowymi mamy znaleźć się na pokładzie – a tak dobrze się spało….
Do godziny 0.00 mieliśmy wolne i nie bardzo wiedzieliśmy co ze sobą zrobić – a jak wiadomo jak człowiek nie ma co robić to przychodzą mu do głowy różne pomysły. Piotrek T. też chyba o tym wiedział, ponieważ niespodziewanie zarządził prohibicję przypominając, że o północy zaczynamy tzw. psią wachtę. Oczywiście przed kolacją i po kolacji ci, którzy potrafili grali w brydża, inni robili piękne zdjęcia a reszta im albo przeszkadzała, albo jak Teresa i Witek S. organizowali szanty w klasie. Po 20.00 Teresa przyszła z informacją, że Witek się „stroi” i zainspirowani przez Tadeusza uruchomiliśmy naszą wyobraźnię spodziewając się Witka w nowej kreacji. Tymczasem on jedynie stroił gitarę kapitana z poprzedniego rejsu, a nie łatwo było uzyskać pozwolenie grania na cudzej gitarze.
Przebywając osobno w towarzystwie Tereski i Witka S. na pewno nie można by się nudzić, a jeżeli połączy się ich razem to jest to już mieszanka iście wybuchowa. Tereska ma niepohamowany głód wiedzy i aby go zaspokoić zadaje tysiąc pytań jednocześnie, a zdobytą wiedzę teoretyczną najchętniej jak najszybciej wypróbowałaby w praktyce. Tereska była jednym z największych fanów sterowania i gdyby była taka możliwość prawdopodobnie nie wypuściłaby steru z rąk. Witek z kolei jest osobą, która nie znosi bezczynności i nie lubi jak coś go omija, o czym najlepiej świadczy sytuacja kiedy to razem w Witkiem P. w czasie wachty kambuzowej porzucili obiad i pobiegli na pokład stawiać grota, chociaż na górze było prawie 40 osób, które mogły to zrobić. Dla uzupełnienia obrazu dodam, że po chwili dołączyła do nich Tereska, zaś reszta wachty niespiesznie delektowała się pysznym posiłkiem. Dlatego też wiadomo było od samego początku, że zorganizowane przez nich spotkanie w klasie będzie sukcesem.
Najpierw śpiewaliśmy we własnym gronie, potem pojawiali się również inni załoganci – mieliśmy m.in. mały festiwal piosenki włoskiej w wykonaniu naszych Włochów przynależących do wachty IV, a potem Darek z I wachty wykroczył poza repertuar piosenki żeglarskiej. Piotr T. nieustannie kontrolował wszystko co piliśmy nie ufając nam nawet za grosz (naprawdę nie wiem czym sobie na to zasłużyliśmy) włącznie z nowo przyniesioną wodą gazowaną. Hm, tak krótko nas znał, a tak dobrze nas poznał… Udało nam się jednak dotrwać o wodzie i herbacie do północy, a potem było już tylko fajniej…
 
Dzień piąty
O północy znów przejęliśmy stery cały czas prowadząc Pogorię ku Ibizie. Początek standardowy - jedna osoba przy sterze, trzy osoby usiłują przeniknąć wzrokiem ciemność i dojrzeć co się dzieje za burtą, jedna osoba w kabinie nawigacyjnej...
Około 1.00 na pokładzie zaroiło się od załogi zawodowej i o 1.30 zaparkowaliśmy na kotwicy u wrót Ibizy (osoby śpiące w kubryku na pewno miały dodatkową pobudkę gdy rzucaliśmy kotwicę). Do portu (ewentualnie) mieliśmy wejść w dzień. Piotr T. powiedział, że wachtę kotwiczną pełnią jedynie dwie osoby, a reszta może pójść spać. Zadaniem pełniących wachtę miało być znalezienie sobie punktów odniesienia poza statkiem i obserwowanie czy nasza pozycja względem tych punktów się zmienia i czy kotwica trzyma. Ustaliliśmy, że wachty 2.00-3.00 pełnić będą Wiola i Tadeusz, a 3.00 – 4.00 Iwona i Piotr T. Teresa i Piotr T. poszli spać, reszta planowała zostać do godziny 2.00.
Jak tylko nasz Starszy zostawił nas samych Tadeusz przypomniał sobie, że w kajucie czeka resztka towaru z Radomska od chłopaków z Bełchatowa odpowiednio już przygotowana przez Gonza. Nie było jednak tego dużo, więc zrobiliśmy małe porządki w naszych szafkach. Nie byliśmy skąpi - Neptun też trochę dostał, czym zapewniliśmy sobie bezpieczny powrót do Barcelony. Przez chwilę Witek P. obawiał się, że wachta IV będzie musiała stawić się w komplecie, aby znieść nas z pokładu, ale nie było takiej konieczności. Jedynie senność ustąpiła na rzecz dobrego humoru – Wiola, która miała wybić 2,5 szklanki wybiła jedynie 2 i musiała biegiem wracać aby dobić brakującą połówkę, Witek S. zachęcał nas do postawienia wszystkich żagli i wybrania „na blachę” – tak po cichutku, żeby nikt nie usłyszał a potem do rozbujania Pogorii jak w Piratach z Karaibów… Te pomysły również wypróbujemy innym razem… A tymczasem przyszła mgła i obrane przez nas punkty kontrolne zniknęły, pozostało nam obserwowanie tego co się działo na przyrządach nawigacyjnych.
Przed 3.00 rano Piotr T. po raz pierwszy nie ucieszył się na nasz widok…. Później odwiedził nas jeszcze Kapitan obawiając się o bezpieczeństwo 50 osób, a Starszy nie wiadomo czemu próbował bezskutecznie skierować nasze rozmowy na tematy inne niż pełniona przez nas wachta i otaczająca mgła.  Powolutku mgła opadała, a Pogoria cały czas stała tam gdzie Henio rzucił kotwicę.
Szczęśliwie i zupełnie niespodziewanie udało nam się razem z pozostałymi ponad 40 osobami bezpiecznie dotrwać do końca tej wachty i na niewiele ponad 2 godziny położyliśmy się spać by już o 7.00 zerwać się na nogi i podziwiać wybrzeża Ibizy.
Cumowanie w porcie na Ibizie miało nas kosztować 1.000,00 EUR, więc Kapitan zdecydował o postoju Pogorii na kotwicy. Na ląd miał nas transportować miłośnik pontonu – Popek.
Jako że popołudniu zaczynaliśmy wachtę kambuzową Złoty poprosił, aby 4 osoby wróciły o 17.30. Pod kierownictwem Piotra T. spuściliśmy ponton na wodę i jako pierwsza wachta popłynęliśmy na ląd. Przejażdżka z Popkiem – kolejne niezapomniane przeżycie.
Zwiedzanie Ibizy, rozpoczęliśmy od wizyty w knajpie o pięknej nazwie „Madagaskar” pijąc pyszną Sangrię, piwo, kawę i jedząc niezłe, ale zmrożone ciasta.
Nadal korzystając z przewodnika Wioli udaliśmy się na zwiedzanie pięknej Ibizy, Starego Miasta, katedry i na szukanie miejsca, z którego będzie najpiękniejszy widok na Pogorkę.
Tadeusz postanowił zadbać o nasz rozwój intelektualny i uczył nas samych przydatnych zwrotów w języku hiszpańskim np.: „Źle się czuję. Proszę natychmiast wezwać lekarza”, „Boli mnie tutaj” albo nasze ulubione pájaro azul, czyli „niebieski ptak”.
Zachęceni opisami w przewodnikach, że w Hiszpanii koniecznie trzeba zjeść paellę w porze obiadowej usiedliśmy w dobrze zapowiadającej się knajpie i zamówiliśmy trzy różne paelle, aby zadowolić kulinarne gusta wszystkich 11 osób. Niestety chyba nikt z nas nie zostanie wielbicielem tej potrawy, kuchnia Złotego zdecydowanie wygrywa. Czekając na posiłek trochę nam się nudziło, a będąc pod wpływem uroku wyspy nie chciało nam się wracać na pokład. Uzgodniliśmy, że zostajemy i Tadeusz wysłał do Kapitana smsa informując, że obiad jest w kuchni, że trzeba go jedynie podgrzać w mikrofali i że nie wracamy podpisując "Wachta kambuzowa". Jakiś czas później Kapitan nam odpisał, że serdecznie nas pozdrawia, dziękuje za wskazówki co do obiadu i informuje że nasze bagaże będą do odebrania w Barcelonie....
Po chwili zastanowienia jednak zdecydowaliśmy, że wszyscy wracamy na wachtę kambuzową, ale najpierw postanowiliśmy napić się kawy i pooglądać znikającą we mgle Pogorkę. Potem jeszcze wizyta w pobliskim sklepie celem uzupełnienia kończących się artykułów spożywczych i znów niesamowita przejażdżka pontonem.
Na Pogorii Henio złowił kalmara i dwie sepie, chwilę później wrócił Złoty z workiem "zioła" i zaczęliśmy prace w kambuzie. Tym razem przygotowywanie obiadokolacji (przepyszny pieczony schab ze śliwką) z wykorzystaniem świeżo zerwanych zielska było bardzo przyjemnym zajęciem. Wszyscy byli zrelaksowani i uśmiechnięci. Po kolacji oprócz tysiąca naczyń umytych w pentrze, czyli zgodnie z tym co mówił Piotr Z.: „W najszybszej zmywarce świata – 50 kompletów naczyń w 30 minut” dodatkowo umyliśmy podłogę w chłodni (Iwona), a potem na szczotach z pomocą większej niż zawsze ilości specyfików czyściliśmy podłogę w kambuzie - najpierw Ania i Iwona, potem Piotrek T. & Witek P. – podłoga lśniła. A tymczasem przy stole siedziała "zatroskana" Tereska świadoma upływającego czasu i konieczności zakończenia naszych rozliczeń…
W tym samym czasie w klasie rozpoczynały się szanty z Kapitanem i Waldkiem.
Po przygotowaniu kalmara i sepii również Złoty dołączył do śpiewającego towarzystwa, co spotkało się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Złoty zademonstrował instrument dęty - kazoo. Wielu śmiałków podejmowało próbę wydania dźwięku na tym instrumencie, ale tylko nielicznym się udało.
Znowu spaliśmy około 3 godzin, ponieważ nikt nie chciał przestać słuchać fantastycznych morskich opowieści Waldka np. tej o śledziach odwirowanych w pralce….
 
Dzień szósty
 O 6.20 (wynegocjowaliśmy u Złotego dodatkowe 5 minut snu) w kambuzie stawili się Ania, Witek P., Witek S. Piotr T. i Tadeusz. Chwilę później przyszła reszta wachty, chociaż tym razem wstać było chyba jeszcze trudniej niż zwykle... i wspólnie zabraliśmy się za przygotowywanie śniadania, na które serwowaliśmy gotowane kiełbaski. Kolejna kulinarna wskazówka od Złotego - do gotowania parówek powinno się dodać liść laurowy i ziele angielskie, a wtedy będą lepiej smakować.
Po śniadaniu Pogoria opuściła piękną Ibizę i niespiesznie kierowała się w drogę powrotną do Barcelony. Wachta nr III tymczasem zabrała się za poważne porządki - Starszy przydzielał poszczególne zadania. I tak Wiola – sprzątanie mesy oficerskiej (włącznie ze ścianami), Ania - łazienki, Teresa – kuchnia (pamiętne wylewanie zupy do szarej beczki), Iwona - mesa (również włącznie ze ścianami), Witek P. - korytarz przy kabinach załogi stałej, Witek S. – sprzątanie w klasie, Gonzo – kabina Kapitana, Tadeusz – odkurzanie powierzchni płaskich poziomych (kabina kapitańska, kabina nawigacyjna i cała reszta), Piotr T. – zejściówka rufowa, Piotr Z. - kubryk przejściowy i zejściówka dziobowa.
Przed południem Piotr T. uzyskał zgodę Kapitana na wejście na reje (cel – poprawienie krawacików) i Ania, Teresa, Tadeusz, Witek P i Witek S. a także oczywiście Piotr T. mieli możliwość popatrzeć na nas z góry, na siebie wzajemnie na wysokościach my zaś na nich z dołu….
Po przeliczeniu, że wszyscy co weszli to i zeszli Piotr T. z uśmiechem na ustach zapytał: „Moja Wachto z ADHD, czy teraz dacie mi spokój choć na chwilkę?” Wachta zgodnie odpowiedziała, że na chwilę da spokój swojemu Starszemu, ale nie na długo, ponieważ Wachta dobrze wiedziała, że Starszy wcale nie chciał spokoju - on również doskonale pasował do tego zespołu i nie unikał pracy np. razem z Piotrem Z. tworząc team „Piotr & Piotr” doskonale radzili sobie w pentrze. Ale trzeba przyznać, że ciężkie miał z nami życie ten Starszy, chociaż dwoił się i troił chcąc zapewnić nam odpowiednią dozę rozrywki – to właśnie pod nadzorem Piotra spuszczaliśmy i wciągaliśmy ponton, brasowaliśmy reje i to z nim wchodziliśmy na reje.
W międzyczasie trwało przygotowywanie obiadu.
Na żadnym zdjęciu z tej części wachty kambuzowej nie ma Tadeusza, który bardzo prosił żebyśmy nie robili, jak to ładnie nazwał "zdjęć kompromitujących". Potem jeszcze troszkę pracy przy brasowaniu i jeszcze jedna wizyta na rejach, tym razem celem przygotowania żagli do stawiania. I znów przyszła mgła... 
Wyglądali na całkiem zadowolonych jak zeszli. Wiola natomiast ściągała spojrzenia wszystkich swoją intrygującą bluzeczką.
Po obiedzie Pogoria szła prawie pod pełnymi żaglami, a ponieważ pogoda na to pozwalała jedna osoba z każdej wachty miała szczęście robić zdjęcia Pogorii z pontonu.
Naszym przedstawicielem był Witek P., a zdjęcia wyszły cudnie...
 
 
O 16.00 zaczęliśmy kolejną wachtę nawigacyjną. Przy sterze stali Ania, Iwona i Piotr Z. (omijał czerwoną bojkę). Tymczasem załoga zajmowała się w głównej mierze wypatrywaniem delfinów, a Henio się dziwił, że: „Tyle ludzi na okach i nikt nie zauważył żółwia, który nas prawie staranował i tuńczyków.”
Po 20.00 spotkaliśmy się w klasie żeby pooglądać zdjęcia, a potem kawałek czwartej części „Piratów z Karaibów” i znów po północy położyliśmy się spać po to, aby już o 3.30 znów być na nogach na naszą ostatnią wachtę nawigacyjną.
 
Dzień siódmy
Po wyjściu na pokład byliśmy strasznie rozczarowani gdy się okazało, że już ktoś przed nami zrzucił żagle, a cały czas szykowaliśmy się, że to nam przypadnie ta robota. Jednak i tak nie było nudno – najpierw klarowaliśmy grota, potem tuż przed 6.00 zabraliśmy się za mycie pokładu, chociaż niektórzy to właściwie podpierali się na szczotach i plotkowali … podczas gdy inni naprawdę ciężko pracowali. No i jeszcze ostatni przepiękny wschód słońca na morzu… aż się jakoś tak smutno zrobiło….
Potem jeszcze nasze ostatnie brasowanie i klar na linach.
O godzinie 8.00 - przy sterze po raz ostatni w trakcie tego rejsu Gonzo - tradycyjnie zebraliśmy się na apelu i naszym zadaniem, jako wachty nawigacyjnej, było wciągnięcie bandery i wybicie szklanek. Wydelegowaliśmy do tego najbardziej odpowiedzialne osoby. Tereska bezbłędnie poradziła sobie z wciąganiem bandery, jednak wybijane przez Witka S. szklanek z całą pewnością przejdzie do historii - zamiast porządnych „4 po 2” mieliśmy: jedna, jedna (oj, słabiutka), dwie, dwie, jedna, jedna. Nasz oficer aż jęknął, wachta nr I chciała bić brawo, a to, że Kapitan zachował powagę i tego nie skomentował świadczy o jego ogromnym opanowaniu i dużych pokładach litości.
Kapitan zarządził na 10.00 prace na rejach przy klarowaniu żagli, Bosman serdecznie zaprosił nas do prac bosmańskich na godzinę 12.00, a Marcin poprosił o 2 osoby do prac w maszynowni. Po śniadaniu kilka osób szybko się zdrzemnęło, aby już o 10.00 zgodnie z poleceniem Kapitana udać się na reje. Znów kilka pięknych zdjęć i niezapomnianych widoków i powrót na pokład.
Po trzecim pobycie na rejach w ciągu dwóch dni Witek P. stwierdził, że chodzenie po rejach to jak jedna trzecia orgazmu, po czym szybko się poprawił, że może jednak 2/3, ponieważ dobre kichnięcie to 1/3 orgazmu. Czy ktoś jeszcze miał takie skojarzenia???
W czasie wizyty na Ibizie Ania Kiełbik - Piwońska i Waldek trzymali za nas wachtę nawigacyjną, dlatego też w ramach podziękowań spotkaliśmy się na chwilkę w ósemce i przez dłuższą chwilę mieliśmy możliwość posłuchać morskich opowieści tylko dla nas. Ale ponieważ Henio miał dla nas małą „robótkę” o 12.00 stawiliśmy się na pokładzie w oczekiwaniu na przydział zajęć. Wiola podjęła się polerowania dzwonu, reszta miała umyć pokład przy burtach, a potem przygotować zapasowego grosztaksla.
Witek P. i Piotr Z. dostali do wyczyszczenia gretingi z maszynowni, a ponieważ są to dwie najbardziej dokładne i systematyczne osoby z naszej wachty zrobili to na tyle dobrze, że Marcin „z dobrego serca” podrzucił im kilka nadprogramowych gretingów do wyczyszczenia.
Po obiedzie zostaliśmy poproszeni o poprawienie grota, którego klarowaliśmy o świcie, a ponieważ rano zrobiliśmy to perfekcyjnie to teraz udało nam się jedynie trochę popsuć to, co zrobiliśmy wcześniej. Jednak Henio uznał, że jest ok., więc zrobiliśmy sobie krótką sesję zdjęciową. Jak widać na obrazku to chyba był jednak męczący dzień...
Niechętnie, lecz nieubłaganie zbliżaliśmy się do Barcelony, gdy po raz kolejny pojawiła się mgła, która spowiła wszystko wokół, a port został zamknięty. Widać było naprawdę niewiele, ale za to doskonale było słuchać róg przeciwmgłowy.
Przez chwilę istniała szansa, że tę noc również spędzimy na morzu i ten stan rzeczy wzbudził poruszenie w Tadeuszu, którego samolot startował o 9.00 rano z Barcelony. Zaczęliśmy obmyślać alternatywny sposób dostarczenia Tadzia na lotnisko przy wykorzystaniu pontonu (w końcu to my go spuszczaliśmy na wodę). Jakby się nad tym zastanowić to dopłynięcie na lotnisku pontonem byłoby całkowicie w stylu Tadeusza, ponieważ Tadeusz jak mało kto przyciąga do siebie sytuacje niecodzienne. Pewnie dlatego to właśnie Tadeusz z całej naszej wachty może się poszczycić największą ilością zdjęć kompromitujących (dla osób spoza wachty do wglądu jedynie za pisemną zgodą Tadeusza). Poza tym Tadeusz uwielbiał nas wkręcać (np. sprawa autopilota na sterze), ale już po kilku dniach zorientowaliśmy się, że najlepiej oszukuje, kiedy ma okulary przeciwsłoneczne i nie musi nam patrzeć w oczy, co pozwoliła nam się kilka razy ustrzec przed kolejnymi żartami. Tak na marginesie - teraz to już powinniśmy zwracać się do niego: „Panie Kapitanie”. Na całe szczęście dla Tadeusza mgła się podniosła i nie było już ratunku – trzeba było wpłynąć do Barcelony.
Manewr parkowania wykonywał Zenek - wyszło przednio! Wbrew jego czarnym wizjom nie skosiliśmy bukszprytem latarni, ani nie przejechaliśmy przez ściany barcelońskiego akwarium. Jedynie Bosman rzucając rzutką nie trafił przechodnia – ech, a był tak blisko…
Po kolacji Piotr T. uzyskał zgodę Kapitana na przeprowadzenie szkolenia z chodzenia po rejach dla Wioli i Iwony. Wrażenie niesamowite i radość z tego, że udało się przełamać wewnętrzną barierę i strach. No i jako jedyne miały szanse wejść na reje po zmroku. Następnym razem na pewno uda się wejść wyżej niż pierwsza platforma – a następny raz na pewno będzie!
Gonzo pozazdrościł i też postanowił pochodzić w nocy po rejach.
Gdybyśmy byli w morzu o 20.00 przyszedłby czas na przejęcie przez nas sterów, ale niestety Pogoria spokojnie stała w porcie, więc przejęliśmy jedynie wachtę trapową. Ponieważ jednak agregaty przeszkadzały nam jak nigdy wcześniej pełniliśmy służbę z dziobu - no i już zgodnie z naszą tradycją robiliśmy to wspólnie popijając małe co nieco z naszych kubeczków termicznych.
A propos kubeczków - Ania oddała swój czerwony kubeczek Tadeuszowi, a w zamian stała się szczęśliwą właścicielką kubeczka FC Barcelona. Czerwony kubeczek pewnie pływa teraz z Tadeuszem po morzach i oceanach…
W tzw. międzyczasie w klasie rozpoczęły się ostatnie szanty przy udziale oczywiście Kapitana, Waldka i Złotego. Pełniąc nieustająco wachtę kotwiczną Witek P. uwieczniał ostatnie godziny na Pogorii, niektórzy zaś zajmowali się biurokracją wypełniając stosy papierów a inni pełnili wachtę trapową, łącząc przyjemne z pożytecznym i uczestnicząc w zabawie w klasie.
A tymczasem impreza w klasie nabierała rumieńców i tej nocy chyba nikt nie spał.
 
Dzień ósmy
Dzień siódmy płynnie przeszedł w dzień ósmy i zastał nas śpiewających w klasie. Impreza wcale nie chciała się skończyć i cieszyliśmy się, że to nie my musimy rano wstać, aby zrobić śniadanie. Jedynie z przyzwoitości poszliśmy spać – zamykający imprezę położyli się tuż przed świtem.
O 7.00 w ósemce zjawił się Tadeusz z krótkim pożegnaniem i jednocześnie pobudką i tyle go widzieli… Nie ma co ukrywać – nie wszyscy zjawili się na śniadanku. Ci, których cały czas bujało i mieli nieodparte wrażenie, że Pogoria znowu jest w morzu przespali i pierwszy posiłek i apel – prawda Wiola? A Wiola z kolei była chyba osobą, która podczas tego rejsu najmniej spała. Każdy z nas usiłował złapać choć kilka minut snu w ciągu dnia, Wiola jednak nie posiadała umiejętności spania w ciągu dnia, więc jej musiały wystarczyć te kilka marnych godzin w czasie nocy. Nie przeszkadzało jej to jednak zupełnie brać pełnego udziału we wszystkich grach i zabawach na pokładzie. Trzeba nadmienić, ze chyba jako jedyna weszła w dyskusję ze Złotym co do sposobu przygotowywania posiłków i uzyskała jego aprobatę na zmianę sposobu dodawania czosnku do potraw. Poza tym nie zapominajmy, że jako jedna z pierwszych wykazała się zaraźliwą potem chęcią pracy ponad przypisaną normę…
Potem już tylko pakowanie się i ostatnie sprzątanie. Na prośbę I wachty, która miała służbę w kuchni pilnowaliśmy trapu (tym razem ADHD wykazał się Straszny).
 
O 12.00 ostatni apel, wręczanie opinii i zdjęcia z Kapitanem i Waldkiem a przed Pogorią zaczyna zbierać się nowa załoga w przeciwieństwie do nas uśmiechnięta od ucha do ucha…
Tuż po obiedzie nadszedł smutny czas pożegnania – Ania i Janusz, jako pierwsi jadą na lotnisko, kilka godzin później również dalsza część wachty III – Teresa, Wiola, Iwona, Piotr Z. Witek P. i Witek S. schodzą z pokładu, przed wieczorem także Piotr T. wraca do Krakowa. Na Pogorii zostaje jedyny szczęśliwy – Gonzo, który rozpoczyna trzeci tydzień na morzu. Zastanawialiśmy się głośno, na jaką wachtę teraz Gonzo trafi, a Gonzo skwitował to stwierdzeniem płynącym niewątpliwie z głębi serca: „Gorzej już być nie może…”. Cóż, pewnie się nam należało...
Gdzieś począwszy od trzeciego – czwartego dnia Starszy co i raz stwierdzał, że jak przyjedziemy na Pogorię następnym razem to na pewno będzie lepiej wiało, że nauczymy się nowych rzeczy, że wyżej wejdziemy na reje, że poznamy nowe porty, że zrobimy te tysiące rzeczy, których teraz nie udało nam się zrobić… I chociaż zdążyliśmy już pokochać Pogorię n
ikt z nas nie wdawał się w dyskusję na ten temat, nikt nie zaprzeczał, ani nie potwierdzał. Wtedy chyba jeszcze nie byliśmy gotowi przyznać, że to są wakacje naszego życia. Jednak zanim jeszcze zeszliśmy z pokładu wiedzieliśmy, że na pewno chcemy tu wrócić.
Miejmy nadzieję, że się uda i że znów WSZYSCY razem spotkamy się na wachcie na pokładzie pięknej Pogorii.
 
 
Do zobaczenia następnym razem Pogorio!
THE END…
 
 
 
 
 Iwona Stępień & wachta nr III.
 
Opublikowano: 
niedziela, 18. Marzec 2012 - 1:00