Nosy przyklejone do szyby

Autor: 
Alina „Malina” Raduła
 
Autokar kluczy uliczkami Genui, wreszcie ją widać. Stoi tam gdzie zawsze. Przyklejam nos do szyby i należę do tej części załogi, która piszczy z radości i niecierpliwości. Ta druga część, która jeszcze nigdy nie była na Pogorii, patrzy na nas z ogromnym zdziwieniem.
 
Jak zawsze z przejęciem wchodzę na trap. Mam ochotę krzyknąć „nareszcie w domu!”. Słyszę jak od nagielbanku przy grotmaszcie szumią słowa: „witaj, witaj...” Załoga rozchodzi się po i pod pokładem, zaglądając gdzie się da. Od dziobu po rufę przetacza się fala szumnego szeptu „nowi, nowi...” Wreszcie wypływamy.    Piękne Słońce, korzystny wiatr – wchodzimy na reje by postawić żagle. Bez różnicy czy ktoś pierwszy czy piąty raz: emocje te same. Schodzimy na dół; dumni i rumiani patrzymy na efekt naszej wspinaczki. I znowu nowi z aparatami fotograficznymi zachłannie robią zdjęcia w „japońskim stylu”, zachłyśnięci urokiem żaglowca, a Pogoria nie skąpi im swych wdzięków, i jakby czując na sobie łakome spojrzenia, jeszcze piękniej pręży swe żagle. Najwięcej zdjęć pstrykają ci, co nie przyklejali nosów do szyby autokaru. Reszta nie ma już gdzie trzymać albumów pełnych zdjęć – dobrze, że ktoś wymyślił aparaty cyfrowe. Wiatr się wzmógł, nadszedł sztorm. Wymiotuję do woreczka leżąc w swojej koi. Nie jestem w stanie wyjść na wachtę. Na szczęście męska część wachty jest w stanie więc ja i reszta dziewczyn możemy zostać w swoich kojach. Odrobimy w porcie. Pogoria rzucana przez fale z burty na burtę trzeszczy: „wytrzymamy, wytrzymamy...”. Witek „nieżywy” śpi w mesie oficerskiej na twardej ławce. U siebie na dziobie nie miałby szans zasnąć i przeżyć. Po dwóch dniach choroba morska ustaje, wiatr trochę, a falowanie nie. Chwytam ster, a on z radości, że mnie znów widzi kręci to w prawo, to w lewo, i szumi: „No wreszcie jesteś z powrotem”. Też się cieszę, że go znów trzymam i próbuję nad nim zapanować. Bezskutecznie. Kilwater mam pokręcony jak znak zapytania. Kapitan staje na rufie, przygląda się dłuższą chwilę zygzakowi, po czym donośnym i poważnym tonem pyta: „Czy uciekamy przed torpedą?!”
 
Minął tydzień i znów Genua. Cumujemy powoli i z niechęcią, ociągając się – koniec rejsu. Witek zwija z uśmiechem rzutkę. – „Co, Ty się pewnie cieszysz, że to już koniec?” - pytam. - „Zwariowałaś?! Kiedy robisz następny rejs?” Wsiadamy do autokaru. Ci co byli pierwszy raz mają nosy przyklejone do szyby i smutne miny. Reszta nie patrzy na nich ze zdziwieniem.... Nie wiedzą, że najgorsze jeszcze przed nimi: odzwyczaić się od bujania, nocnego wstawania, rytmu wacht, „dojść do siebie” i przestawić się na zwykłe, ziemskie życie.
 
Dedykuję wszystkim, którzy widząc Pogorię mają nosy przyklejone do szyby, a wchodząc po trapie słyszą „witaj, witaj...”.
 
Opublikowano: 
piątek, 30. Styczeń 2004 - 1:00