Nowy program Bohdana Sienkiewicza

Autor: 
Tomasz Falba
"Nasze Morze" nr 2 (62) luty 2011
Wielu z nas tych już lekko zgrzybiałych wychowało się na niegdysiejszym "Morzu" Jurka Micińskiego. Teraz jest "Nasze MORZE" z morzem tego samego szryftu. Starają sie być kontynuatorem najlepszych tradycji temtego i nie mają lekko. W czasie ostatnich obrad sprezentowałem kilka lutowych egzemplarzy "naszym" nawet VIP-om, którzy obejżeli prezent z zainteresowaniem i dziekowali nie dlatego, ze były to gratisy ale jak przkonywowali, ze nie wiedzieli ze "cos takiego fajnego się ukazuje". Jestem przekonany, ze Ci z "Naszego MORZA" zaprzyjaźnią sie z naszą stroną internetową a jeżeli będzie taka potrzeba wesprą nasze działania w "Utrwalaniu Polski Morskiej" i realizacji zawołania "Trzymajmy sie MORZA"
Bohdan Sienkiewicz

 
Zaczynam tak jak zwykle (red. Sienkiewicz pochyla się nad dyktafonem). Dostrojenie głosu: pięć, cztery, trzy, dwa, jeden... Poszły konie po betonie!
Widzę, że pan ciągle w dobrej formie panie redaktorze. Jak za dawnych czasów. Wtedy był pan, obok Jerzego Pertka (słyszę głośne westchnięcie red. Sienkiewicza) i Karola Olgierda Borchardta (kolejne westchnięcie), jednym z tych, którzy jeśli chodzi o sprawy morskie, wywarli największy wpływ na wyobraźnię Polaków... Co pan tak wzdycha przy każdym nazwisku?
- No, bo ja się za takiego giganta jak oni nie uważam. Poza tym trzeba by tę listę uzupełnić o nazwisko np. Jerzego Micińskiego, wieloletniego redaktora naczelnego miesięcznika „Morze”. Ja też czytałem to pismo i „Żeglarza” od najmłodszych lat, a później spotykałem bardzo wielu ludzi, którzy dzięki nim trafili na morze. Warto też wspomnieć redaktora Wydawnictwa Morskiego Stanisława Ludwiga, pływającego, jeszcze przed wojną, jako pierwszy oficer na Zawiszy Czarnym pod komendą gen. Mariusza Zaruskiego. Stasiu Ludwig był współtwórcą i dobrym duchem jedynej w historii Polski instytucji, która się przyzwoicie zajmowała wychowaniem morskim młodzieży, to jest Państwowego Centrum Wychowania Morskiego. Teraz można tylko pomarzyć o takiej instytucji.
-O sprawach morskich we współczesnej Polsce będziemy rozmawiać za chwilę. Teraz proszę jednak powiedzieć jak to się stało, że pojawił się „Latający Holender”? Przecież ten program nie wyskoczył jak Filip z konopi. Pamięta pan moment, w którym pojawił się pomysł?
Od dzieciństwa miałem morskie ciągoty. Nie udało mi się jednak trafić do Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni. Kiedy miałem tam iść, wymagano tzw. „małej matury”, której nie miałem. A kiedy ją zrobiłem, szkoła zaczęła wymagać„dużej matury”. Kiedy i ją zdobyłem, szkołę znowu zreorganizowano. Utworzono Technikum Morskie Nawigacyjne i przyjmowano kandydatów po szkole podstawowej. Ostatecznie więc trafiłem na studia do Wyższej Szkoły Handlu Morskiego w Sopocie.
Który to był rok?
- 1951. Spotkałem tam wielu wspaniałych wykładowców: prof. prof. Tadeusza Ocioszyńskiego, Stanisława Darskiego, Bolesława Kasprowicza, Józefa Kulikowskiego, którzy ugruntowali moją miłość do morza i uświadomili mi potrzebę jego uprawy dla Polski. Jednocześnie ciągnęło mnie do dziennikarstwa. Działałem w mediach studenckich na macierzystej uczelni. W tym czasie pojawiła się w Gdańsku Telewizja Polska. Zacząłem robić dla niej różne materiały przede wszystkim o gospodarce morskiej. Byłem w tym okresie także redaktorem, sekretarzem, zastępcą, a w końcu i naczelnym „Polish Maritime News” wydawanego przez Polska Izbę Handlu Zagranicznego, co mi dało otwarcie na świat, bo z tej redakcji można było wyjeżdżać za granicę. Dzięki zaś znajomości języka angielskiego poznałem wielu dziennikarzy z branży, a nawet w „Fairplay” robiłem wkładkę o polskiej gospodarce morskiej! Po kilku latach, kiedy telewizja okrzepła, zaproponowano mi tam etat. To było w 1965 roku. Pomyślałem wówczas, że dobrze by było stworzyć program, który przybliżałby młodym ludziom w naszym kraju sprawy morskie. Marzyła mi się telewizyjna uprawa morza. Wystartowaliśmy z „Latającym Holendrem” 10 stycznia 1967 roku. I już po kilku programach, biorąc pod uwagę odzew widzów, okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Wtedy nie było takich możliwości mierzenia poziomu oglądalności jak dzisiaj, ale oblicza się, że każdy odcinek oglądało około miliona, przede wszystkim młodych, ludzi.
- Trudno było telewizję przekonać do takiego programu?
-I tak, i nie. Były zaczątki pod postacią „Gawęd Wilków Morskich” Jurka Ringera czy „Bryzy” Zdzisława Pietrasa. One troszkę przetarły szlak w umysłach ludzi odpowiedzialnych w tamtym czasie za telewizję. Okazało się, że opowiadanie o morzu i urokach pracy na i dla morza, to może być show. I to się potwierdziło także przy moim programie. Po pierwszym odcinku nadeszło 3 tysiące listów z całego kraju! Dzięki poparciu i rozumieniu przez Macieja Zimińskiego, animatora i szefa Naczelnej Redakcji Programów Dla Dzieci i Młodzieży, wyjątkowej roli morza w wychowaniu młodych obywateli, mogłem spokojnie robić kolejne odcinki „Latającego Holendra”. I tak przez kolejne 26 lat.
Jest pan w czepku urodzony. Pierwszy program i od razu sukces. To marzenie każdego dziennikarza...
- Taki był głód morza w naszym społeczeństwie. Poza tym miałem zaplecze w postaci tych wszystkich wspaniałych ludzi - Bolesława Romanowskiego, Karola Borchardta, Juliana Czerwińskiego i innych przedwojennych, i współczesnych „urzeczywistniaczy” Polski Morskiej. Wielu z nich już niestety nie żyje. Nigdy, przez cały czas nadawania „Latającego Holendra” nie zdarzyło mi się, aby ktoś odmówił rozmowy na antenie, spotkania czy przyjścia do studia, chociaż niektórzy z zapraszanych ludzi z zasady nie udzielali wywiadów. Do „Latającego Holendra” jednak zawsze przychodzili. Myślę także, że udało mi się przekonać widzów, że ja nie robię programu dla własnej kariery, że jestem po prostu pasjonatem, zwariowanym na punkcie morza. Młodzi ludzie widzieli, że my ich nie indoktrynujemy. Nie ma żadnego Marksa, Lenina, Stalina, jest tradycja morska - polska i międzynarodowa. Jest otwarcie na świat, odkrywanie oceanów. To musiało pociągać i pociągało. Była też konkretna korzyść. Publikowaliśmy zadania, za których rozwiązywanie można było trafić na morze. Po roku realizowania na antenie ogólnopolskiej TV „Latającego Holendra”, dostałem doroczną nagrodę prezesa Radiokomitetu. To mi otworzyło kolejne drzwi. Mogłem zrobić jeszcze więcej.
-Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu. Współczesny, szczególnie młody czytelnik „NASZEGO MORZA”, może sobie pomyśleć, że opowiada pan o czasach takich samych jak dzisiaj, tylko dziejących się pięćdziesiąt lat wcześniej. Ale to przecież nie była ta sama rzeczywistość. Jeśli pański program się ukazywał, to znaczy, że ówczesna komunistyczna władza uznała, że jest im potrzebny. Jak to z tym było? Miał pan swobodę wyboru tematów?
-Absolutnie tak. Dbał o to wspomniany już red. Maciej Zimiński. Ten od „Niewidzialnej Ręki”, „Ekranu z bratkiem”, „Pankracego”, czy mądrych, chętnie oglądanych „Dobranocek”
A co z cenzurą? Nie było ingerencji?
-Żadnych.
-A nacisków, aby zaprosić do programu tego czy innego ważnego towarzysza?
-Zdarzały się, na niższym szczeblu, ale na szczęście potrafiłem sobie z tym poradzić.
-Słowem „Latający Holender” nie był tubą propagandową socjalistycznej gospodarki morskiej?
-Tak powiedzieć nie można. Przyznam się szczerze, że ja do tej pory jestem zdumiony tym, co zrobił PRL w zakresie gospodarki morskiej. Ponad 170 statków, w samym PLO, połączenia liniowe z całym światem, 140 nowoczesnych statków rybackich łowiących na najważniejszych łowiskach naszego globu, budowa Portu Północnego w Gdańsku, drugie miejsce na świecie w budowie przemysłowych statków rybackich - to była jakaś kontynuacja i rozwinięcie na wielką skalę przedwojennych tradycji Polski Morskiej, idei Eugeniusza Kwiatkowskiego. Myśmy byli entuzjastami tych projektów. Nikt nas nie musiał namawiać do ich propagowania. Oczywiście z widzów naszego programu rekrutowały się potem także kadry dla PLO, czy innych polskich armatorów i przedsiębiorstw gospodarki morskiej, ale nie było tak, że program powstał tylko po to.
-Ale mówiło się, Że „Latający Holender” jest pod szczególną opieką ówczesnego szefa Telewizji Polskiej, wszechwładnego Macieja Szczepańskiego, zwanego „Krwawym Maciusiem”. Podobno program miał być jego oczkiem w głowie. Zbudował nawet na wasze potrzeby Pogorię. Byliście chyba jedynym programem na świecie z własnym żaglowcem. Tak było rzeczywiście? Był pan pupilkiem „Krwawego Maciusia”?
- Zaraz, zaraz. Wykorzystywałem dla wychowania morskiego młodzieży magię telewizji, co jest do dziś przez renomowane Sail Training Assodation International uznawane za fenomen w całej Europie. W1971 roku, na Generale Zaruskim, kapitan Adam Jasser wymyślił Bractwo Żelaznej Szekli, które miało się zająć wychowaniem morskim młodzieży. Przyszedł z tym do mnie i od tego momentu „Latający Holender” stał się programem realizującym ten pomysł. 
Członkami Bractwa zostawali widzowie programu, którzy rozwiązywali zadania publikowane na antenie. Wśród nich byli nawet chłopcy z poprawczaka w Malborku. Wierzyliśmy, że morze może mieć istotny wpływ na ich wychowanie. To była wspaniała idea. Uczestniczyli w naszej akcji letniej i rejsach morskich. Na obozach żeglarskich „Latającego Holendra” wykładowcami i oficerami w czasie rejsów byli najlepsi polscy żeglarze i żeglarki, jak choćby Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, czy Krzysztof Baranowski i Michał Sumiński. W pewnym momencie to się tak rozwinęło, że okazało się, iż taniej będzie zbudować własną jednostkę niż czarterować obce. To musiał być żaglowiec zaprojektowany do inicjacji morskiej, specjalnie dla ludzi nieprzygotowanych żeglarsko, bezpieczny i prosty w obsłudze. Adam Jasser wspólnie z Krzysztofem Baranowskim, poszli do Szczepańskiego, który sam był pasjonatem żeglarstwa i przekonali go do tego projektu. Żaglowiec ostatecznie zaprojektował Zygmunt Choreń. Tylko pieniądze na budowę Pogorii były z nieprawego łoża. Wie pan skąd?
-Pewnie, że wiem. Zostały wydzielone z pieniędzy przeznaczonych na pielgrzymkę papieża Jana Pawła II do Polski w 1979 roku.
Pogoria była budowana jako projekt pilotażowy budowy żaglowców w Polsce. Od niej wzięła początek linia polskich żaglowców takich jak Iskra, Kaliakra, czy Dar Młodzieży, później zapoczątkowana przez najszybszy dziś Mir, fregat dla Szkół Morskich St. Petersburga, Odessy, Kaliningradu czy Władywostoku. Z tego więc też wynika, że wszystkie zaprojektowane czy przebudowane przez Chorenia, od Pogoni począwszy, żaglowce, które teraz pływają po Świecie wywodzą się z pomysłu Bractwa Żelaznej Szekli!
-Ale Pogoria pływała w barwach Bractwa tylko bodaj jeden sezon.
-Bodaj dwa. Wynikało to z tego, że doszło do zmiany władz Radiokomitetu. Nowi wodzowie telewizji jak ognia bali się schedy po Szczepańskim. A opowiadano, że Pogoria jest jego prywatnym, luksusowym jachtem. Miały tam wisieć oryginalne obrazy Malczewskiego, funkcjonować harem, marmurowe łazienki, a nawet boks dla koni. Oczywiście było to wszystko wyssane z palca, ale telewizja postanowiła pozbyć się żaglowca i podarowano go Polskiemu Związkowi Żeglarskiemu. Wykorzystał go potem Krzysztof Baranowski na potrzeby swojej Szkoły pod Żaglami, a dziś eksploatuje Sail Training Association Poland.
-Tak czy owak „Latający Holender” okazał się sukcesem. Spodziewał się pan tego?
- Powiem nieskromnie, że tak. To musiało wypalić. Morze było atrakcyjnym tematem, miałem na Wybrzeżu duże zaplecze i świetnych współpracowników -redaktorów Jurka Micińskiego i Stanisława Ludwiga, komandora Rafała Witkowskiego, a także urodzonego gawędziarza, kapitana Wojciecha Żaczka. Okazało się, że nawet w tamtych czasach można było znaleźć dla siebie niszę, w której można znakomicie funkcjonować i robić coś pożytecznego.
-Mocną stroną „Latającego Holendra”, być może nawet najmocniejszą, była część edukacyjna. Poza tym, że zapraszał pan ludzi morza, mówił o gospodarce morskiej, że śpiewano szanty, w każdym programie były publikowane zadania z nawigacji, geografii czy biologii morza. Ile osób systematycznie je rozwiązywało?
-W szczytowym momencie było około 3 tysięcy po jednym odcinku. W sumie w ciągu 26 lat brało w tym udział około 100 tysięcy ludzi. Każdego roku wybieraliśmy 100-150 osób, które trafiały na letnie obozy żeglarskie.
Kilkaset z nich znalazło później zatrudnienie w gospodarce morskiej. Wielu zaznaczyło się także w innych dziedzinach. Myślę zresztą, że to był największy sukces „Latającego Holendra”. Wychowanie grupy odpowiedzialnych i rozumiejących czym dla Polski jest morze, ludzi. Ludzi, którym chciało się chcieć. Wspomnę tu nazwisko prof. Andrzeja Urbanika, szefa Katedry Radiologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, który jest jednocześnie guru polskich globtroterów i podróżników. To on zbadał ekshumowane niedawno ciało generała Władysława Sikorskiego i orzekł, że nie został zamordowany. A prof. Marian Zembala, transplantolog, dyrektor słynnego Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, następca prof. Religi? Wzięty, wrocławski architekt Tomasz Sołowij, późniejszy Kaphornowiec i ojciec Pawła, kadrowego Lasserowca, czy Andrzej Superat pasjonat morza, fotografik, właściciel salonów FUJI. To wszystko są wychowankowie „Latającego Holendra” i Bractwa Żelaznej Szekli. Dla mnie zawsze najważniejsze było, aby wpajać młodzieży świadomość morską, nawet jeśli większość z tych młodych ludzi ostatecznie nie wybierze morza jako miejsca pracy.
-Pomimo tego, nie ma pan jednak wrażenia, że poniósł pan klęskę? Znaczenie gospodarki morskiej w Polsce, po 1989 roku systematycznie spada. Nie udało się panu na tyle mocno zaszczepić tej świadomości morskiej, aby zapobiec temu procesowi.
-Nieraz mam takie wrażenie, że niestety wszystko trzeba by zaczynać od początku.
Ja zrobiłem swoje. Wszystko co mogłem. A że stocznie zaorane, po portach hula wiatr i nie ma telewizyjnych programów morskich z prawdziwego zdarzenia (poza „Panoramą morza” Jurka Boja na lokalnej, gdańskiej antenie) to już nie moja wina.
-Z jakiego powodu zdjęto „Latającego Holendra”?
-Telewizja ma zawsze jedno wytłumaczenie - „wyczerpała się formuła chociaż właśnie realizowaliśmy kolejny nasz ważny pomysł: Klub Zdobywców Oceanów. To było w 1993 roku, przed wakacjami. Nawet nie wiedzieliśmy, że po wakacjach nie pozwolą nam zrobić następnego programu.
Czyli nie dano panu szansy pożegnania się z widzami?
- Właściwie nie. Można powiedzieć, że film jaki zrobił ostatnio Sławomir Malinowski dla sieci Planetę w swoim Leader Filmie o „Latającym Holendrze” jest taką formą pożegnania z nimi. Teraz pomagam przy przygotowaniu produkcji dokumentu o Bractwie Żelaznej Szekli.
Nie było pomysłów reaktywacji „Latającego Holendra”?
- Parę razy rzucałem taką myśl, ale nie było odzewu. Wiodę więc skromny żywot emeryta wspominającego stare dobre czasy i od czasu do czasu wracającego na morze, czy wspierającego zawołanie „Trzymajmy się morza!”.
-A myśli pan, że istnieje jeszcze zapotrzebowanie na program morski zbliżony do „Latającego Holendra”?
-Oczywiście, że tak. Powiem więcej. Według mnie, wychowanie młodzieży, w tym jej wychowanie morskie, powinno być wpisane na listę misji społecznej Telewizji Publicznej i to na pierwszym miejscu! Ostatnio pływałem na Pogoni pod jak zwykle przeuroczym, kapitanem Adamem Jasserem, w czasie Garibaldi Regatta 2010, w ramach ubiegłorocznych Tali Ships’ Ra-ces, wspólnie z żeglarzem Janem Dworakiem, który teraz jest prezesem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Czy on nie wie co to morze? Wie. I jest jego entuzjastą... a programu i tak nie ma... ale może pojawi się światełko w tunelu TVP. Może i mnie jeszcze uda się je zobaczyć.
-Ale może w końcu sprawy morskie znormalniały. Nie ma programu takiego jak „Latający Holender”, bo los polskiej gospodarki morskiej mało kogo dziś interesuje.
Kiedy zaczynaliśmy z „Latającym Holendrem” świadomość morska wśród Polaków była na równie niskim poziomie co teraz, a może nawet niższym. Jednak dzięki min. naszemu programowi, rosła. To nie jest raz dane, nad tym trzeba pracować, Bez mediów tego się nie da zrobić. Byłoby dobrze, aby powstała nagroda za urzeczywistnianie Polski Morskiej. Może ona stanowiłaby jakąś zachętę do pracy? Mogłaby nosić imię zmarłego niedawno, nieodżałowanego komendanta Daru Młodzieży, kapitana Leszka Wiktorowicza.
-Wychowanie morskie jako społeczna misja telewizji publicznej, nagroda im. Wiktorowicza za urze­czywistnianie Polski Morskiej. To brzmi jak jakieś tezy programowe. Są jeszcze inne punkty tego nowego programu Bohdana Sienkiewicza?
-Proszę bardzo! Trzeba doprowadzić, aby w każdej bibliotece w Polsce był zawsze dostępny najświeższy numer Naszego MORZA!'. Należy zorganizować lobby dziennikarskie, które zajmie się realizacją Polski Morskiej. Tylko nie takich dziennikarzy, co nazywają Dar Pomorza, jak sam kiedyś słyszałem, okrętem flagowym polskiej Marynarki Wojennej.
-A gdzie pana miejsce?
-Mam już 80 lat. Ale zapewniam, że nie wziąłbym ani grosza za pomoc przy realizacji tego typu pomysłów. Prywatnie chciałbym zaś, aby moje prochy zostały rozsypane nad morzem, więc trzeba by do tego programu dopisać jeszcze punkt o zmianie „Ustawy cmentarnej”, która w obecnym kształcie nie pozwala na taki pogrzeb morski, a za jego próbę przewiduje ostre sankcje prawne.
-Film o „Latającym Holendrze” powstał na zamówienie francuskiej telewizji Planetę. Polska telewizja nie widziała potrzeby jego realizacji. Nie boli to pana?
-Znak czasów. Nie mogę się jednak żalić. W ubiegłym roku, 18 lat po przejściu na emeryturę, kierownictwo Telewizji Gdańsk zaprosiło mnie na opłatek. Może to oznacza, że znowu będzie Telewizją Morską?
-Czuje się pan bardziej człowiekiem telewizji czy morza?
-(po chwili zastanowienia) Człowiekiem, który swoje pasje morskie zrealizował w telewizji i dzięki niej. Takim się czuję. Amen.
 
 
 
Syn Polesia
Redaktor Bohdan Sienkiewicz ma 80 lat. Pochodzi z Polesia, mieszka w Gdyni. Obecnie na emeryturze. Ukończył Wyższą Szkołę Handlu Morskiego w Sopocie i Wyższą Szkołę Filmową, Teatralną i Telewizyjną w Łodzi. Pracował w wielu mediach morskich. Przez cztery lata był też korespondentem Polskiego Radia i Telewizji w Afryce. Jest autorem serii filmów poświęconych Afryce i kilkuset programów podróżniczych „Dookoła świata”, ale największą sławę przyniosła mu realizacja „Latającego Holendra”. Program ukazywał się w TVP w latach 1967-1993 i był najpopularniejszą audycją morską w jej historii.
Pobierz artykuł : NaszeMORZE_62_33-38.pdf

 
Opublikowano: 
wtorek, 15. luty 2011 - 1:00