Pogoria za oceanem

Autor: 
Andrzej Szlemiński
Udział „Pogorii” w Tall Ships 2000 na trasie Genua – Kadyks – Bermudy – Boston – Halifax - Amsterdam poprzedziła gorąca dyskusja w Zarządzie Sail Training Association Poland (STAP). Alternatywą był udział statku w The Cutty Sark Tall Ships’ Races (CSTSR) na trasie Gdańsk – Helsinki – Mariehamn – Stockholm – Flensburg.
Główną przesłanką dla obecności „Pogorii” na Bałtyku był fakt, że stowarzyszenie STAP było współorganizatorem wizyty floty CSTSR w Gdańsku. Szalę na korzyść Tall Ships 2000 przeważyły dwa względy – merytoryczny i finansowy. Pierwszy polegał na tym, że pływania na „Pogorii” organizujemy dla młodzieży, a patrząc na sprawę z jej punktu widzenia impreza atlantycka jawiła się bardziej atrakcyjną od bałtyckiej. Zwłaszcza, że dzięki sponsorom zza oceanu koszt udziału uczestnika w rejsie na Atlantyku okazał się porównywalny z kosztem udziału w rejsie na Bałtyku. Ponadto, również dzięki sponsorom, nie tylko zagranicznym, przeprowadzona symulacja wyniku finansowego sezonu, w postaci odkładanej co roku raty remontowej, okazała się lepsza w przypadku Tall Ships 2000. A w tym miejscu należy przypomnieć, że STAP jako armator eksploatuje statek od sześciu lat na własny rachunek, bez wsparcia instytucjonalnego, utrzymując go w bardzo dobrej formie i z coraz lepszym wyposażeniem. A że nie jest to łatwe i nie zawsze kończy się sukcesem, niech świadczy przykład innych polskich żaglowców. 
„Pogoria” wystartowała do regat z Genui do Kadyksu 23 kwietnia pod dowództwem kapitana Jerzego Jaszczuka z mieszaną, polsko – włosko – bermudzką załogą. Miejsce startu było przesądzone, ponieważ Genua stanowiła bazę zimowej eksploatacji statku, a udział włoskiej młodzieży stanowił wyraz wdzięczności dla wsparcia, jakiego udzieliła nam bratnia organizacja – STA Italia. Genua zgromadziła nieliczną flotę, w porównaniu z Southampton, skąd wystartował równoległy wyścig, również do Kadyksu. W regatach w klasie A z Genui wystartowały tylko trzy jednostki, a mianowicie bułgarska „Kaliakra”, „Amerigo Vespucci” z Włoch i „Pogoria”. Ze względu na panujące cisze z regat wycofały się bliźniaczki – „Kaliakra” i „Pogoria”, a jedynym sklasyfikowanym statkiem był „Amerigo Vespucci”.
Na odcinku od Kadyksu przez Bermudy do Nowego Jorku „Pogoria” , którą dowodził kapitan Piotr Kołodziejczyk, nie wystartowała w regatach, ponieważ armatorowi nie udało się zebrać załogi mieszczącej się w limicie wieku, co wynikało z faktu, że ten dosyć długi etap, trwający od szóstego maja do dwunastego czerwca, odbywał się w czasie roku szkolnego i akademickiego. Podobnych trudności nie miały tylko statki i okręty szkolne, bo na nich spełnienie wymagań International Sail Training Association (ISTA), że minimum pięćdziesiąt procent załogi musi być w wieku od piętnastu do dwudziestu pięciu lat, nie stanowi problemu.
Następna wymiana załogi nastąpiła dwunastego czerwca w Nowym Jorku i odtąd do zakończenia imprezy w Amsterdamie „Pogorią” dowodził autor tego reportażu. Wymiana nastąpiła wraz z początkiem przerwy w Tall Ships 2000, trwającej do dwunastego lipca, kiedy to uczestnicy imprezy ponownie spotkali się w Bostonie. W tym czasie „Pogoria” odwiedziła szereg portów i imprez organizowanych przez Operation Sail 2000 oraz przez American Sail Training Association (ASTA) w ramach „US ports cruise-in-company”.
Pierwszym portem dla nowej załogi był Norfolk w stanie Virginia, gdzie odbyła się w dniach 16 – 20 czerwca jedna z imprez Operation Sail, zaplanowana i przeprowadzona z wielkim rozmachem. Uczestniczyło 46 żaglowców, w tym 18 klasy A ( największych żaglowców ), która to liczba może wydawać się niezbyt imponująca w porównaniu z ilością jednostek uczestniczących w corocznie organizowanych przez ISTA w Europie the Cutty Sark Tall Ships Races, ale w Norfolk były to prawie wyłącznie większe i mniejsze żaglowce, a nie jachty, które uczestniczą w imprezach europejskich w znacznej liczbie. Szefem organizacyjnym imprezy był nieoceniony Tim Jones, który doskonale rozumie potrzeby statków i ich młodzieżowych załóg. Dlatego też jej program zawierał wszystkie elementy zalecane przez International Sail Training Association (ISTA) takie jak bezpłatny transport, wycieczki ze zwiedzaniem okrętów w największej bazie marynarki wojennej w USA, a podobno i na świecie, zawodami sportowymi i dyskotekami. Świetnie działał, szalenie istotny z punktu widzenia statku i jego załogi, system oficerów łącznikowych. Między innymi dlatego, że statki i łącznicy wyposażeni zostali w dwu-systemowe telefony komórkowe, działające również jako radiotelefony, z zaprogramowanymi połączeniami pomiędzy statkami, biurami organizatorów i łącznikami. 
Następnym odwiedzonym przez nas portem był Wilmington w stanie Delaware, gdzie w dniach 22 do 25 czerwca odbyła się skromniejsza impreza pod auspicjami ASTA nazwana Tall Ships Delaware. Uczestniczyło w niej 20 jednostek, w tym 6 klasy A z „Darem Młodzieży”, „Mirem” i „Kruzenshternem” na czele. Załoga bardzo miło wspomina festyn, jaki odbył się w uroczym miejscowym parku nad rzeką Delaware, z zawodami w przeciąganiu liny, posługiwaniu się rzutką i cumą, degustacją krabów, śpiewem i tańcami.
Kolejnym portem, gdzie byliśmy z krótką wizytą, bez przygotowanego uprzednio programu pobytu, po drodze do Greenport, było Atlantic City, miasto kasyn gry. Natomiast Greenport, leżący na północno-wschodnim brzegu Long Island malowniczy niewielki port, był ostatnim dla tej załogi. Opuściła ona statek rano w przeddzień odlotu do kraju, aby mieć możliwość zwiedzenia Nowego Jorku. Następna załoga przyleciała do Nowego Jorku i przyjechała do Greenport autobusem wynajętym przez to miasto. W międzyczasie na statku była tylko załoga stała i kapitan, a w pełnieniu wacht na pokładzie w czasie zwiedzania statku przez publiczność pomagali nam zaprzyjaźnieni żeglarze z jachtu „Inessa” wraz z jego właścicielem Krzysztofem Grubeckim, byłym „Kaczorem”, czyli uczestnikiem pierwszej szkoły pod żaglami na „Pogorii”. 
Pierwszym portem dla nowej załogi był Nowy Jork, do którego wpłynęliśmy w Paradzie Żagli 4 lipca, w dniu święta narodowego Stanów Zjednoczonych. Impreza w Nowym Jorku była kolejną z cyklu Operation Sail, zgromadziła 77 jednostek, w tym 21 klasy A, a przedsiębiorcza nowojorska Polonia wymogła na organizatorach ustawienie „Pogorii”, jako jedynego statku na Greenpoincie, z dala od wszystkich innych, które cumowały przy Manhattanie. Jedyną zaletą tego miejsca był znakomity widok na tenże Manhattan i na wspaniały, a może nie tyle wspaniały, co gigantyczny pokaz ogni sztucznych. W czasie tegoż pokazu okazało się, że członkowie miejscowego Polskiego Klubu Żeglarskiego wyznaczyli sobie spotkanie na pokładzie „Pogorii” nie tylko bez uzgodnienia, ale nawet bez uprzedzenia nas o tym fakcie. Przy burcie stanęło kilka jachtów z tego klubu, z których tylko jeden, oprócz zaprzyjaźnionej „Inessy”, zapytał o pozwolenie. Odnieśliśmy wrażenie, że zwrócenie wiceprezesowi tego klubu uwagi na niewłaściwość takiego postępowania nie spotkało się ze zrozumieniem. Natomiast miło wspominamy aktywność pani Krystyny Pieńkawy, siostry niedawno zmarłego naszego kolegi Zbyszka Pieńkawy, nieocenionej „Cioci Krysi” oraz Magdaleny Pietrzak i jej rodziców, którzy pomogli nam w załatwieniu szeregu istotnych dla statku i jego załogi spraw. Postój w Nowym Jorku skróciliśmy w stosunku do planowanych przez organizatorów 6 dni, bo chcieliśmy również pożeglować, a nie tylko stanowić atrakcję dla miejscowej publiczności.
Po drodze do Bostonu złożyliśmy krótką wizytę w Massachusetts Maritime Academy, która mieści się w Bourne u wejścia do Cape Cod Canal, przez który przepływaliśmy. Kanał ten charakteryzuje się silnymi, sięgającymi pięciu węzłów prądami pływowymi, które regularnie i bardzo szybko zmieniają kierunek. Do Bostonu wpływaliśmy w Paradzie Żagli, to taki amerykański zwyczaj robić paradę na wejściu, a nie jak w Europie, na wyjściu z portu. Nawiasem mówiąc w Bostonie odbyły się obie parady, co chyba wynikało z faktu, że po wyjściu miał miejsce start do regat organizowanych przez American Sail Training Association według przepisów ISTA. Na organizację pobytu w Bostonie skarżyły się przede wszystkim jachty, które cierpiały z powodu kiepskiego miejsca postoju i zbyt małej ilości toalet. Załoga „Pogorii” nie miała takich problemów, ale z kolei nasz oficer łącznikowy był kiepski, co spowodowało utrudnione korzystanie z niezbyt rozbudowanego programu dla załóg i załatwianie żywotnych dla statku problemów aprowizacyjnych.
W Bostonie dokonaliśmy wymiany jednej wachty, dorosłych uczestników rejsu na dziesiątkę młodych Kanadyjczyków, z którymi wystartowaliśmy w regatach do Halifaxu. Start do regat odbył się w gęstej mgle i takaż mgła towarzyszyła nam przez większość trasy, również wtedy, kiedy powiało. Bo początkowo wiało słabo i „w pysk”, a my takie warunki lubimy. Przez pierwsze dni regat prowadziliśmy nie tylko w klasie, ale i w klasyfikacji generalnej, a potem jak zwykle przyszedł silny wiatr z rufy i przeciwnicy nas przejechali bądź przeliczyli. I tak zajęliśmy 6 miejsce na 13 statków, które wystartowały w klasie A, „Dar Młodzieży” był piąty, a wygrał japoński „Kaiwo Maru”.
Halifax był fajnym portem z programem na miarę potrzeb i fantastycznym zespołem oficerów łącznikowych. Tam też dokonaliśmy kolejnej wymiany całej załogi szkolnej i oficerów. Przybyła z Polski nowa załoga, obok dziesięciorga nowych Kanadyjczyków, okazała się być załogą szczególną. Pomijając fakt, że w jej składzie tylko dwie osoby nie były uprzednio na „Pogorii”, ale miały inne doświadczenie żeglarskie, to około połowy z nich uczestniczyło w jednym z etapów ubiegłorocznych The Cutty Sark Tall Ships’ Races, gdzie zdobyliśmy główną nagrodę imprezy – The Cutty Sark Trophy. Ponadto ci młodzi ludzie decydując się na udział w regatach przez Atlantyk liczyli się z możliwością, że dla nich atrakcje portowe mogą ograniczyć się do dwóch dni w Halifaxie i trzech w Amsterdamie. 
Początek drogi przez Atlantyk był fatalny, wiało raczej słabo w dziób, potem trochę powiało i wtedy zdarzył się na statku wypadek, który zakończył się dosyć szczęśliwie, a mógł być fatalnym w skutkach. Jedna z naszych dziewcząt, żeglarka z doświadczeniem na „Pogorii”, która wchodziła na maszt i reje jak wiewiórka, odpadła od masztu w momencie przechodzenia na reję i spadła na nadbudówkę dziobową. Szczęśliwie po drodze zawadziła o sztagi grotmasztu i spadła na grotsztaksel, po którym zsunęła się na pokład. To hamowanie na sztagach i żaglu ją ocaliło, wyszła z tego tylko (w tych okolicznościach) z pęknięciem miednicy w dwóch miejscach. Zaraz po wypadku poprosiliśmy o pomoc lekarską „Kruzenshterna”, który będąc w pobliżu natychmiast stanął w dryf i zaczekał na nasze zbliżenie się do jego pozycji. Przekazaliśmy Asię na statek który, po przeprowadzeniu przez lekarzy badań i stwierdzeniu konieczności przekazania poszkodowanej do szpitala, ruszył w stronę St. John na Nowej Funlandii. Stamtąd, w drodze, zabrano dziewczynę helikopterem do szpitala. Śmiało może teraz o sobie mówić, że jest największą szczęściarą na tym świecie.
Trzynastego sierpnia, po dwudziestu dniach i jednej godzinie żeglugi i przebyciu nieco ponad 3000 mil morskich „Pogoria” przecięła linię mety przy wyspie Wight, a następnie zawinęła do Portsmouth. Co się zdarzyło w tym czasie? Pole do popisu pozostawiam osobom utalentowanym w snuciu morskich opowieści. Nasza załoga dzień po dniu wypełniała starannie swoje obowiązki – sterowali, pełnili służbę na oku, w kabinie nawigacyjnej jako asystenci, stawiali i zrzucali żagle, trymowali je, pracowali w kambuzie i sprzątali statek, malowali i wykonywali z bosmanem drobne naprawy i tak upływał dzień po dniu i tydzień po tygodniu, na codziennej rutynie, bez nadzwyczajnych wydarzeń. Piszę te słowa z pozycji kapitana, ale spytajcie tych młodych ludzi o ich przeżycia, a na pewno od wielu z nich usłyszycie masę ciekawych rzeczy. Wynik w regatach nie odzwierciedla dobrej żeglarskiej roboty, jaka została wykonana. „Pogoria” przeszła metę jako szósty statek w klasie, ale po przeliczeniu spadła na ósme, wyprzedzona przez „Glorię” i „Roalda Amundsena”, które to statki ukończyły wyścig parę dni później. 
Końcówka rejsu to wizyty we Vlissingen, Scheveningen i Ijmuiden, na które pozwolił zaoszczędzony czas. Wizyty te zostały zaplanowane przez organizatora Sail Amsterdam w postaci mini zlotów żaglowców w przewidywaniu, że wiele z nich może pokonać trasę regat szybciej nisz założono. A do Amsterdamu wszystkie jednostki miały wejść jednego dnia w paradzie żagli. No i tak się też stało.
Parada wejściowa w kanale prowadzącym do Amsterdamu jest wydarzeniem niezwykłym i od kapitanów uczestniczących w niej po raz pierwszy wymaga silnych nerwów. Gromadzi ona setki tysięcy widzów nie tylko na brzegu, ale również na wodzie na wszystkim, co pływa. W związku z tym tłok panuje nieopisany i tylko można by się dziwić, że prawie nie ma kolizji. Wyjaśnieniem może być tylko fakt, że Holendrzy są urodzonymi marynarzami i czują się na wodzie nie mniej pewnie niż na lądzie. 
Sam zlot w Amsterdamie pobił wszelkie rekordy zarówno jeśli chodzi o liczbę uczestniczących jednostek, jak i zainteresowanie publiczności. Z tego względu stał się mniej atrakcyjny dla uczestniczących załóg, ponieważ życie utrudniały bardzo trudności komunikacyjne. Ale może raz na pięć lat można i warto coś takiego przeżyć. 
W Amsterdamie ponownie wymieniliśmy załogę, a statek wyszedł w drogę do Gdyni, gdzie zawinął 10 września, dokładnie w rok po opuszczeniu tego portu. I nie na długo się zatrzymał – po kilku dniach postoju „Pogoria” opuściła Gdynię udając się na drugą kolejną zimę na Morze Śródziemne, gdzie polska młodzież będzie uczestniczyć w krótkich rejsach aż do wiosny następnego roku, kiedy to statek wróci do kraju na remont przed kolejnym sezonem na Bałtyku i Morzu Północnym. 

Autor (wiceprezes Zarządu STAP) prowadził "Pogorię" z Nowego Jorku do Amsterdamu.  
 
Artykuł opublikowany w miesięczniku "Żagle" w styczniu 2001 r.
 
Opublikowano: 
środa, 31. Styczeń 2001 - 1:00