Rejs Internetowych Żeglarzy 2006

Autor: 
Alina „Malina” Raduła
 Relacja z Piątego Rejsu Internetowych Żeglarzy Pogorią
dookoła Półwyspu Iberyjskiego 6.10.-04.11.2006

Cherbourg – La Coruna – Vigo – Lizbona – Kadyks – Malaga – Ibiza – Barcelona
 
V Rejs Internetowych Żeglarzy na Pogorii był planowany już rok wcześniej. Tak to już jest, że większe rejsy trzeba planować z wyprzedzeniem, szczególnie na tak obleganym (mimo wszystko) żaglowcu, jakim jest Pogoria. Rok organizowania, zbierania ludzi, ustalania, rezerwacji samolotów i całej MASY przygotowań, i oto dnia 6 października2006 nastał dzień wyjazdu autokarem z Poznania do Cherbourga we Francji, skąd zaczynał się rejs. Wyprawa była podzielona na dwa etapy:
 
ETAP I: Cherbourg – La Coruna – Vigo – Lizbona
ETAP II: Lizbona – Kadyks – Malaga – Ibiza – Barcelona
 
Kapitan na obu etapach: Adam Busz
Oficerowie: Magda Noworolska, Janusz Drozd, Jurek Kasprzak, Bart Tejchman,
Jasiu Nedoma i Wojtek Kaczor

Załoga stała:  nieoceniony kuk Mirek, mechanik Maryś i bosman Daniel czyli Sienio.
 
ETAP I
 
Ten moment, kiedy spotykam ludzi znanych mi tylko z maili (oczywiście jakiś tam procent to są znajomi), poznajemy się, wszyscy o coś pytają, rozmawiamy, sprawdzam listę obecności – to jest to, co daje mi ogromną satysfakcję jako organizatorowi i na co zawsze czekam. Kolejny miły moment następuje, kiedy w autokarze rozdaję koszulki rejsowe, specjalne, przygotowane w kolorystyce portugalsko-hiszpańskiej (przez te kraje prowadzi trasa naszego rejsu). Za őwiebodzinem niespodzianka (dla całej reszty): wysiadam i nie jadę dalej z tą ekipą do Cherbourga. Niestety nie byłam w stanie brać udziału w obu etapach. Z ich opowieści wiem, że świetnie sobie poradzili beze mnie (niestety).
 
ETAP II
 
Podróż do Lizbony
Drugi etap rozpoczął się dla mnie i całej drugiej ekipy dwa tygodnie później, tj. 20 października na lotnisku w Warszawie. Mieliśmy samolot linii Centralwings do Lizbony. Podróż na lotnisko i pierwsze pół godziny na nim spędziłam na odbieraniu telefonu i odpowiadaniu na pytanie: „Malina, a które lotnisko w Wawie, Okęcie czy Etiuda?”. Oczywiście wszyscy przedtem dostali maila z dokładnymi wytycznymi, ale cóż, nie da się czasami nad tym zapanować. Czułam się jak centrum dowodzenia lotami na lotnisku Heathrow w Londynie (nigdy nie byłam, ale słyszałam kiedyś, że tam to naprawdę mają sporo roboty). Odprawa przebiegła sprawnie i w cudownych nastrojach. Kontrola paszportowa (którą Kasia F. przeszła z telefonem komórkowym przy uchu i tak jej zostało niemal do wejścia na pokład samolotu) – również sprawnie. Mieliśmy bilet grupowy, ustalone było, że cała rufa samolotu jest dla nas. Podróż była przemiła, szczególnie że byliśmy zaopatrzeni w specjały ze strefy bezcłowej mimo ostrzeżenia pani stewardesy, która na samym początku oznajmiła uroczo, że alkohol jest zabroniony. Na moje pytanie: "Gdzie jesteśmy?" pani odpowiedziała wielce rezolutnie: "W samolocie!...". Wychodzimy w środku nocy z samolotu w Lizbonie, a tu niespodzianka: natykamy się na poprzednią ekipę z pierwszego etapu (teoretycznie powinniśmy się minąć, mimo że wracali „naszym” samolotem do Polski). Wyglądali na wymęczonych, ale przeszczęśliwych. Spodziewałam się gromów na moją głowę, za pogodę, za męczarnię (w stylu: „a mówiłaś, że Biskaje to bułka z masłem”). A tu niespodzianka: zostałam wyściskana przez nich i już próbowali uzgadniać termin następnego rejsu. Jedni przez drugich opowiadali o delfinach, rejach, sztormie pod koniec rejsu, zwrocie przez sztag w przechyle po kolana w wodzie… Zaprzyjaźnieni, zadowoleni, smutni, że już mają to za sobą. Za to MY już się nie mogliśmy doczekać. Pogorio, uważaj, nadciągamy!!
 
Pogoria
Kolejny cudowny moment to ten, w którym po długim wyczekiwaniu wreszcie znowu wchodzę na pokład Pogorii. Jedziemy autokarem z lotniska do portu w Lizbonie i jestem pierwsza, która woła: „JEST”, i pokazuję palcem maszty Pogorii. W nocy po ciemku wchodzimy na pokład i po czułych powitaniach z Kapitanem Adamem Buszem, załogą stałą i żaglowcem udajemy się do własnych, przydzielonych już wcześniej koi. Pierwsze dni na Pogorii to jak zawsze szkolenia i jeszcze raz szkolenia. Nauka żagli, linek, ćwiczenie alarmów i wszelkich zasad bezpieczeństwa. Podchodzi do mnie Asia i mówi: „Malina, ja wiem, że mieliśmy dostać w kość i przechodzić gimnastykę, biegając i uwijając się przy żaglach, ale że będzie trzeba także gimnastykować swój język, to nie ostrzegałaś! Bo jednakże <> to nie jest słowo ze słownika języka polskiego.” No cóż, taki urok, i będzie ich więcej. A zasad na Pogorii cała masa (głównie dotyczą naszego bezpieczeństwa): – nie wolno chodzić w klapkach po pokładzie – nie wolno wynosić naczyń na pokład – nie wolno biegać po pokładzie – nie gasimy światła w łazienkach – nic, co nie przeszło przez zęby, z wyjątkiem papieru toaletowego, nie ma prawa wylądować w sedesie, bo się zapycha – myjemy po sobie szklanki (!) – na wachtę nawigacyjną należy wkładać pasy bezpieczeństwa (szelki) – sterować należy bez szelek – w dzień wychodzimy zejściówką dziobową – w nocy tylko rufową Itd. Itp. Nauka tego wszystkiego zajmuje jakieś dwa tygodnie i akurat pod koniec rejsu, jak wszyscy już wiedzą, o co chodzi – rejs się kończy i człowiek czuje żal, że nie może skutecznie wcielać tych tysięcy zasad w życie. Do tego dochodzi nauka tych wszystkich kolorowych linek. Jest to wyzwanie. Czasem Kapitan Adam Busz (od zawsze nasz SIZ-owy kapitan na Pogorii) organizuje doping polegający na wprowadzeniu zasady, że tylko po zaliczeniu egzaminu z linek można będzie zejść na ląd w najbliższym porcie. Finalnie na morzu i tak często się kończy słowami bosmana: „Ciągniemy te pomarańczowe, luzujemy te niebieskie”.
 
Morze
„Kiedy morze burzy swój spokojny sen, białą grzywą wdziera się na ląd…” Morze powitało nas ósemką w skali Beauforta (przeplataną dziewiątką). Kurs 180 na południe i wiatr z południa. Pierwsze dwa dni niespecjalnie były miłe. Większość załogi chorowała (w tym ja). Niektórzy nie wychodzili na alarmy do żagli (to nie ja), a reszta walczyła z przedmiotami codziennego użytku, które latały pod całym pokładem. Zmęczenie i szok dla tych, co pierwszy raz. „Malina, czy to się kiedyś skończy?” – pytali. Wiedziałam, że tak, ale sama byłam po raz pierwszy w tak trudnych warunkach na Pogorii. Przesunięcie czasu względem polskiego (który na pokładzie nadal stosowaliśmy) powodowało, że o 8 rano nadal było ciemno. Pierwszy poranek w morzu; ósma rano, ciemno, wieje 8, buja, chlapie zza burty i pada. Apel oczywiście został odwołany ze względów bezpieczeństwa (no bo po co niepotrzebnie moczyć wszystkich jednocześnie). Następnego ranka było podobnie. Reje, które mnie zawsze przyciągały i nie miałam problemów, by na nie wejść, wydawały się górą nie do zdobycia. Kapitan był zasmucony moją odmową wejścia na górę w środku nocy (po dobie chorowania i niejedzenia) – wchodzenie na reje nie jest obowiązkowe i jest tylko dla chętnych. „Przecież zawsze wchodziłaś!” – powiedział z żalem. No cóż, chyba dzisiaj nie porumakujemy. Kilku chłopaków zdecydowało się wejść, ale tylko na górnego marsla, nie wyżej. Drugiego dnia weszłam (jako jedyna kobieta), żeby sobie i innym pokazać, że nawet w takich warunkach potrafię, choć do dziś uważam to za kompletną nieodpowiedzialność, ponieważ byłam maksymalnie osłabiona chorobą. Ale weszłam. Po czym zwymiotowałam oczywiście z góry na pokład, a po zejściu na dół godzinę leżałam zmęczona na pokładzie i jedyne, na co mnie było stać, to unoszenie dłoni do góry w odpowiedzi na pytania, czy żyję. Siódma rano budzi mnie krótki, ale intensywny dźwięk dzwonka alarmowego. Zwlekam się z koi i idę do łazienki. Patrzę w lustro i wyrywa mi się krzyk! Lewe oko mam czerwone. Z tego wysiłku i prawdopodobnie od składania hołdu Neptunowi pękło mi naczynko i mam czerwoną plamę na oku. No pięknie. Cały dzień odpowiadałam na pytania „Co ci się stało?”. Następnego dnia Gniady okiem znawcy spostrzegł, że prawe oko robi mi się jakby zielone. Lewe czerwone, prawe zielone, no to jak nic światełka nawigacyjne i „Malina w drodze”. Na wachcie marzyliśmy o ciepłej koi. Raz po 5 godzinach w nocy na pokładzie (1 godzina nadprogramowo, bo z wachtą nas zmieniającą trymowaliśmy żagle) kładziemy się w suchej koi. Zasypiam sobie spokojnie, a nagle Sylwia śpiąca pode mną wzdycha i mówi: „To ciekawe, że po jakimś czasie Pogoria wzbudza przyjazne uczucia do kawałka półki z materacem.”. Ze śmiechu o mało nie spadłam z mojej wysokiej półki z materacem. Po dwóch dniach, po ciężkiej walce z samą sobą i zjadaniu na siłę kromki chleba udało mi się zwalczyć wreszcie chorobę morską. I wtedy nareszcie mi się przypomniało! Nareszcie znowu wiedziałam, po co jestem na morzu i na Pogorii. Piękne fale, cudowne bujanie, kołysanie do snu, chlupot fali o burtę, widoki zapierające dech w piersiach, adrenalina podczas wchodzenia na reje… Nawet delfiny przypłynęły. Przestało padać, ale wiać nie przestało, a bujanie zaczęło sprawiać przeogromną frajdę. Ta niestabilność świata stała się w końcu przyjazna i oswojona. Wiedziałam, że nadejdzie czas, że będzie mi tego brakowało. Przez bulaje w mesie podczas przechyłów widać było podwodny świat Atlantyku. Woda bulgotała i czuliśmy się jak w pralce. „Malina, czy myśmy robili dopłatę za łódź podwodną?”.
 
Przylądek ciepłych gaci
Po obiedzie łapiemy chwile snu przed wachtą i znów zrywa nas dźwięk dzwonka, ale ten sygnał nadawany alfabetem Morse’a jakiś niestandardowy. Jeden krótki, dwa długie i znów krótki. Na wszelki wypadek wyskakuję z koi i sprawdzam przy rozpisce alarmów – no nie ma nic takiego! Na szczęście po chwili przez głośniki słychać Kapitana: - Uwaga, alarm P jak Przylądkowy, nie obowiązuje nikogo :-) Uff. Ale zachęceni wychodzimy na pokład oglądać ten upragniony ląd. Nie chciało mi się ubierać w sztormiak, więc wybiegam w samej podkoszulce rejsowej. A oto fragment z pamiętnika psyche, która opisała ten moment rejsu: „To Cabo de Sao Vicente, zwany Przylądkiem Ciepłych Gaci :-) Albowiem kiedy z Atlantyku wpływa się w obszar Morza őródziemnego, ściąga się ciepłe gacie. Jak mieliśmy się przekonać - to tylko częściowa prawda. Tymczasem pierwszy ląd od wypłynięcia z Lizbony wzbudził ogólny entuzjazm i szał fotograficzny. Malina wybiega na pokład w samej koszulce rejsowej, bez żadnego sztormiaka, i gromkim głosem domaga się zdjęcia, wyrywając napotkanym przypadkowym osobom aparaty. Przy okutanej w kurtkę Sylwii wygląda interesująco :)” Zobaczcie zdjęcia! Nie chciało mi się ubierać, no to mi się spieszyło z tym zdjęciem, ot co.
 
Afryka
„Prawdziwy podróżnik nie ma ustalonych planów i nie skupia się na dotarciu.” Po wyjściu z Kadyksu obraliśmy kurs na Gibraltar. Kapitan na porannym apelu oznajmił rzecz niezwykłą: Cieśninę Gibraltarską należy przechodzić w ciągu dnia. Nocą pomiędzy Afryką a Europą kursują przemytnicy. Aby uciekać przed strażą graniczną, pływają bez świateł. Żeby było ciekawiej, ci, co ich ścigają, także pływają bez świateł, coby ich skuteczniej łapać. Czyli wesoło. Dlatego najrozsądniej jest unikać przepraw nocnych jak ognia. Podobno w Cieśninie Gibraltarskiej przeważają wiatry z zachodu. Oczywiście jak tylko zaczęliśmy wpływać pomiędzy kontynenty Afryki i Europy, to wiatr zmienił się na wschodni J Wiadomo, że nigdy nie wpisuje się w dziennik pokładowy portu docelowego. My planowaliśmy dotrzeć do Afryki, najchętniej do Melilli. Dobrze, że nie wpisaliśmy nic do dziennika, bo Afrykę widzieliśmy tylko z daleka. Ciągłe przeciwne wiatry, i to nadal bardzo silne, zmuszały nas do halsowania, aż do decyzji kapitana, że jednak odpuszczamy sobie Afrykę i obieramy kurs na Malagę. Oczywiście wiatr nas nie zaskoczył, zmieniając kierunek na północny, jak tylko my obraliśmy kurs NW. Finalnie z Gibraltaru do Malagi płynęliśmy dwa dni i były to chyba najcięższe dni w całym rejsie.
 
Droga do Malagi
„Ale wiało, mówię wam!” „Na morzu zamieć, na morzu mgła, faaale jak domy!” Droga do Malagi upłynęła pod znakiem darcia żagli. Bosman klął jak należy - to miał świetnie opanowane, tak samo jak popędzanie załogi i darcie się wniebogłosy na każdego. Tak więc darł się bosman, darły się żagle. Pierwszy wyramkował się kliwer. Usłyszałam oficer Magdę idącą w nocy budzić bosmana, by pomógł ujarzmić płaty podartego żagla na bukszprycie. „Momentami Pogoria szła w przechyle jak Omega na Mazurach” – powiedziała. Miałam wtedy wachtę kambuzową, więc nareszcie mogłam się wyspać „do syta” (kambuza nie obowiązują alarmy do żagli). Zaciekawiona wyszłam w środku nocy na pokład – a co, myślę sobie, popatrzę sobie, stojąc z boku, a może nawet na coś się przydam. Wychodzę na mostek, a tam nikogo. Pustka. A wiadomo, ktoś być MUSI! Oficer i wachta nawigacyjna na bukszprycie – wszyscy walczą z falami i kliwrem. Zaniepokojona oglądam się za siebie, sprawdzając, czy choć przy sterze ktoś jest – owszem, jest. A obok czuwa sam pan Kapitan – odetchnęłam z ulgą, więc jednak ktoś jest przynajmniej w okolicy mostku. „Co, Malina, spać nie możesz?” – kapitan uśmiechnięty, spokojny, więc znaczy nic się nie dzieje. Popilnowałam radaru i radia dopóki wojownicy z bukszprytu nie wrócili i poszłam spać. Nastał ranek. Mamy kambuz, więc nasza wachta szykuje śniadanie. Przy przechyłach są specjalne patenty na to, by jakoś nakryć do posiłku. Stoły przykrywa się specjalnymi antypoślizgowymi obrusami. Kubki się kładzie zamiast stawiać, a talerze kładzie się do góry dnem i przyklepuje do maty – żeby się „przyssały”. Tym razem tak bujało i przechylało, że żaden z tych patentów nie sprawdzał się, niestety. Wszystko prócz talerzy lądowało na podłodze (albo przeciwległej ścianie, zależnie od kąta przechyłu). Nietłukące się kubeczki rozsypują się na podłodze na tysiąc kawałków. Jakaś większa fala miotnęła Sylwią tak, że przefikołkowała na drugą burtę, lądując na głowie w pentrze. Zrezygnowałyśmy wobec tego z walki z naczyniami, sztućcami i spadającym z półmisków jedzeniem. Każdy, kto przychodził na śniadanie, dostawał do ręki kubeczek na herbatę i sztućce. Herbatę nalewało się delikwentowi do kubeczka, ale tylko do połowy, coby było mu łatwiej utrzymać płyn w naczyniu. Jak odstawiał kubeczek na chwilę na stół, to na własną odpowiedzialność. I często słychać było krzyki: „Awaria, awaria, dajcie ścierkę!”. To wtedy Mariusz wymyślił, że na posiłki podczas sztormu powinno się przychodzić w spodniach od sztormiaka – tak na wszelki wypadek. Tego dnia mieliśmy jeszcze jedną przygodę. Piękna sztormowa pogoda, wieje mniej więcej 9, ale świeci piękne słoneczko. Mamy nadal kambuz więc po standardowym uporaniu się z codziennymi porządkami pod pokładem czytamy sobie z dziewczynami książki w mesie oficerskiej. Ogólny relaks. Nagle coś poczułam. Nie wiem co to było, czy hałas, czy większa fala powodująca większy przechył. Potem dobiegły nas krzyki z pokładu. Sekundę później bosman biegnie, rzuca przekleństwami i krzyczy „Wszyscy na pokład!” Mimo że miałyśmy kambuz, rzuciłyśmy książki w kąt i zaczęłyśmy w pośpiechu wkładać sztormiaki. Co tam się dzieje, skoro nie ma nawet komu wcisnąć guzika i nadać sygnału alarmu do żagli? A może to nie alarm do żagli, tylko coś gorszego? Ubieramy się tak szybko, jak na to pozwala bujanie i nagle słyszymy wołanie „Ratunku, pomocy!”. Co tam się na górze dzieje?! Już naprawdę szybko ubieramy się i biegniemy na górę. A tam.. wygląda na to, że wszystko OK. Nie toniemy, nikt nie wisi na relingach i nie woła o pomoc, nikomu się nic nie dzieje. Urwał się szot marsla i trochę podarł żagiel. Cała akcja miała na celu uniknięcie dalszego darcia się żagla – i udało się. Na nasze pytania kto wołał o pomoc, odpowiadały nam tylko zdziwione miny i słowa: „Nikt nie wołał, chyba wam się wydawało”. Ale jak to, wszystkim czterem dziewczynom się wydawało? Bo wszystkie to słyszałyśmy. Okazało się, że tylko my. Kaczor, który wskakiwał w swój sztormiak obok nas – nic nie słyszał. Zbiorowa iluzja? Na to wygląda …
 
Ibiza
Ibiza, wyspa jak wulkan gorąca…To chyba nie o tej wyspie śpiewano, tym niemniej Ibiza w listopadzie przywitała nas pogodą nadającą się na kąpiele i plażowanie. Moja wachta oczywiście nie miała ochoty nic zwiedzać, więc standardowo zalegliśmy w pierwszym fajniejszym barze. Część załogi pojechała do stolicy wyspy, o takiej samej nazwie (bo staliśmy na kotwicy w mieście Santa Eularia del Riu oddalonym od Ibizy jakieś 15 km). Obie z Martą postanowiłyśmy w końcu też pojechać. Pech sprawił, że spóźniłyśmy się na ostatni sensowny autobus do Ibizy. Ja chciałam zrezygnować, ale Marta nie odpuszczała: „Jedziemy stopem!” – zakomenderowała. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że to Hiszpania, tu nie znają stopa, stać ich na taksówki i w ogóle to niebezpieczne. Zaczęła machać już w środku miasta. – Marta, ale to trzeba wyjść na jakąś wylotówkę, tak to nie wiadomo o co nam chodzi- starałam się tłumaczyć. – Machaj ze mną! – W środku miasta? Nic z tego, jeszcze wezmą mnie za jakąś napaloną turystkę. Przedzierając się na skróty przez bardzo ciekawe zarośla, udało nam się dotrzeć na skraj miasteczka. – Machaj, machaj! – Przecież macham. Jadący w drugą stronę jakiś super kabriolet pełen opalonych facetów zatrąbił radośnie. Prędzej nam tu dadzą zarobić, niż wezmą na stopa i zawiozą do Ibizy – pomyślałam. Niestety – albo na szczęście – nikt nas nie zabrał. Po całych 5 minutach machania zdecydowałyśmy się zatrzymać taksówkę. Przesympatyczna starsza Hiszpanka zawiozła nas za 20 euro na sam szczyt góry w Ibizie, na której znajdował się zamek. Powrót z Ibizy odbył się już normalnie autobusem, za to w towarzystwie naszej pogoriowej załogi.
 
Niedościgniona Barcelona
Ostatnim portem na trasie naszego SIZ-owego rejsu była Barcelona. Po wyjściu z Santa Eularia del Riu obraliśmy kurs NW. I oczywiście wiało z północy – znowu pod wiatr. Do tego wiało bardzo słabo, tak więc wizja pełnych dwóch dni na zwiedzanie Barcelony przed powrotem samolotem oddalała się z każdą godziną. Schodząc z wachty wieczorem, sprawdziliśmy, jak daleko do Barcelony: 80 mil. OK., to w ciągu nocy powinniśmy zrobić jakieś 25 mil. Rano wstajemy i pytamy: Ile do Barcelony? – 80 mil – padła odpowiedź. Jak to możliwe?? Gniady nazwał to paradoksem Busza: „Im dłużej płyniesz do Barcelony, tym masz do niej coraz dalej”. Finalnie w stolicy Katalonii byliśmy koło południa w piątek, a w sobotę rano mieliśmy samolot do Polski. Nie było za wiele czasu na zwiedzanie, więc tradycyjnie moja pierwsza wachta postanowiła sobie większość tego zwiedzania odpuścić – skoro i tak się nie da wszystkiego zobaczyć – i po zwiedzeniu oceanarium wylądowaliśmy tradycyjnie w knajpie na pysznym jedzonku i piwie.
 
Hiszpańska punktualność
W Barcelonie pozostała mi do zorganizowania ostatnia rzecz: transport 40 osób na lotnisko. Próby wynajęcia autokaru zostały porzucone od razu – była sjesta i zbyt mało czasu. Taksówkarz zaczepiony na ulicy na pytanie, czy przyjedzie po nas pod burtę Pogorii o 6 rano w sobotę, odparł, że o tak makabrycznej porze to on nie pracuje, tylko śpi. Ale dał nam numer telefonu do jakiejś korporacji, do której Kasia wydzwaniała chyba z 5 razy, zanim udało się zamówić 10 taksówek i wynegocjować zniżkę. Znaliśmy z opowieści hiszpańską solidność i punktualność, dlatego aby nie spóźnić się na samolot (09.30) postanowiliśmy zamówić taksówki o wiele wcześniej, tak by dać im czas na spóźnienie się. Wszystko było dokładnie zorganizowane, miejsce postoju Pogorii wytłumaczone, godzina ustalona na 06.20. Ostatnią noc spędziliśmy na zwiedzaniu Barcelony i oczywiście czułym żegnaniu się z Kapitanem, załogą stałą i ze sobą nawzajem. O trzeciej nad ranem razem z moimi dziewczynami z kabiny postanowiłyśmy złapać kilka godzin snu. Punkt 5.00 wpadł do naszej kabiny bosman z gromkim okrzykiem „POBUDKA! Za godzinę zamykam statek i ma was tu nie być!” Zostawił otwarte drzwi i zapalił światło. Rzucając w niego, czym się dało, zgasiłyśmy światło i zamknęłyśmy drzwi. Po minucie był z powrotem, zapalił światło i zostawił otwarte drzwi. Proces powtórzył się kilkakrotnie, ale finalnie udało mu się całą załogę zwlec z koi i zmobilizować do ewakuacji w stronę taksówek (i chwała mu za to!). Przez cały czas – wyłączając chwile, kiedy spałam – byłam atakowana przez wszystkich sugestiami, że taksówek nie będzie, że Hiszpanie się spóźniają, że się nie zmieścimy wszyscy z bagażami itp., itd. Mimo że wszystko było dobrze przygotowane, trochę się bałam. Taksówki miały podjechać na plac koło Pogorii, który przesłaniał budynek, tak że nie było ich widać. Ze statku zeszłam ostatnia. Wychodzę za róg i moim oczom ukazuje się widok oszałamiający. Harmider, hałas, 10 taksówek stojących w nieładzie, zapalone światła (była ciemna noc) i w tym wszystkim stado ludzi, próbujące się w nich sensownie ulokować. Pierwsze moje wrażenie to radość i euforia. Są! Punktualnie! Nie nawalili i się nie spóźnili. Szok. A po chwili poczułam się jak mały balonik, z którego zeszło powietrze. To był harmider nie do okiełznania. Ktoś zabrał mi plecak i wsadził do jednej z taksówek. Ktoś inny poinformował mnie, że jadę z nimi. Ktoś jeszcze inny coś chce ode mnie. Jakiś Hiszpan wydziera się na mnie – na szczęście po angielsku. Chcą więcej pieniędzy niż ustalona wcześniej konkretna kwota za jedną taksówkę. Ktoś mnie ciągnie do jakiejś taksówki. Moje dwie mniejsze torby zostały na Pogorii. Hiszpanie krzyczą, że jedziemy, bo nie będą tu stać do wieczora. Próbuję to wszystko opanować i czuję, jak tracę grunt pod nogami. Na szczęście nie byłam tam sama. Kasia zajęła się Hiszpanem, Mariusz i Grześ poszli po moje torby. To pozwoliło mi opanować resztę. Ruszyliśmy całą kawalkadą w stronę lotniska i dotarliśmy tam ze sporym nieprzewidywanym zapasem czasu. Odlatując z Barcelony przelatywaliśmy nad Pogorią – ja w każdym razie widziałam Jej maszty. Ukłucie w sercu i znowu perspektywa tego odzwyczajania się od morskiego rytmu życia, bujania, krzyków bosmana spowodowały, że ukoiliśmy smutek najpierw w kubeczkach z płynem, a potem w objęciach Morfeusza.
 
Opublikowano: 
czwartek, 16. Listopad 2006 - 1:00