Z dziennika pokładowego Marty Z.

Autor: 
Marta Ziętek
Regaty Lizbona - Madera  24.09 - 4.10 2008 r.
 
PROLOG
Do udziału w regatach z Lizbony na Maderę na Pogorii namówił mnie Daniel, z którym się zakumplowałam parę miesięcy wcześniej na Chopinie. Na tamtym rejsie znalazłam się zupełnie przypadkiem, wskakując na miejsce kogoś, kto w ostatniej chwili musiał zrezygnować. I tak, przedziwnym trafem, ja która nigdy w życiu nie miałam do czynienia z żeglarstwem, moja noga nigdy nie stała na żaglówce, a ręka nie trzymała żagla, liny, ani steru, w dodatku nawet pływać nauczyłam się dopiero w czasie studiów, popłynęłam w tym roku na dwa rejsy morskie i to od razu z rozmachem, bo na żaglowcach.
Pogoria miała odpływać z Lizbony, skorzystaliśmy więc z okazji, aby ją sobie w parę dni zwiedzić. 
 
Regaty zaś zaczynały się  24 września
 
Dzisiejszy dzień miał nas płynnie przenieść ze świata zwiedzania stolicy Portugalii w świat zaokrętowania na Pogorii. Proces rozpoczął się wczesnym popołudniem, a definitywnie miał się zakończyć punkt 14:00. Po drodze wystąpiły jednak nieprzewidziane okoliczności, bo okazało się, że Pogoria nie wpłynęła do portu w Lizbonie, a zamiast tego utknęła w odległym o ponad 200 km Aveiro, do którego trzeba się było dotarabanić autokarem. Zbiórka o 14:00stej miała się odbyć na lotnisku, skąd ów autokar odjeżdżał.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wyluzowany Daniel, który jest prawie zawsze na bakier z czasem i któremu jak wiadomo nigdy i nigdzie się nie śpieszy.
Gdy nadszedł moment, w którym musieliśmy pędzić na autobus na lotnisko, Danielowi przypomniało się, że jeszcze nie wysłał kartek i koniecznie musi wstąpić na pocztę. Gdyby tylko nie było kolejki, ale była i to jaka!. Wysyłanie kartek zajęło Danielowi z 25 minut, a ja żeby nie zwariować od natrętnych myśli, że się spóźnimy i nas zabiją, wdałam się w miłą pogawędkę z Lizbonianką - starszą panią, która posługiwała się piękną, wysublimowaną angielszczyzną i jak mało kto używała czasu present perfect continuous.
Myli się ten, kto pomyśli, że po wysłaniu kartek biegliśmy do przystanku autobusowego, ile sił w nogach. Wyluzowany Daniel nigdy nie biega, jeśli nie jest to relaksacyjny jogging dla przyjemności. Gdy byliśmy w połowie drogi na lotnisko, dzwonili do nas z ponagleniem. Ja się skuliłam z poczucia winy, ale Daniel bez większych emocji poinformował ich, że przecież dojeżdżamy. Gdy dotarliśmy, kilkanaście osób powitało nas martwą ciszą i zmęczonymi spojrzeniami bez wyrazu. Okazało się, że niektórzy czekali wiele godzin przyleciawszy do Lizbony rano. Jeden gość  napomknął coś nawet o naszym niezłym wejściu i grobowy nastrój mnie przeszył. Pomyślałam wtedy, że o nie, chyba tak fajnie jak na Chopinie to nie będzie, i o co to lodowate aj waj skoro spóźniliśmy się tylko 15 minut. Zwłaszcza, że kolejne pół godziny czekaliśmy na podstawienie autokaru.
Od tej pory wpadłam w pułapkę i przymus porównywania wszystkiego i wszystkich do majowego rejsu na Chopinie. Złudne poczucie, że na Chopinie to dopiero było życie trzymało mnie ze trzy dni i wracało jak refren piosenki.
Postanowiliśmy z Danielem nie rzucać się w oczy i zniknąć ze świadomości pozostałych, licząc na to, że z czasem zatrze się wspomnienie nas, jako wrednych spóźnialskich. W autokarze siedzieliśmy sobie cicho jak trusie i zajmowaliśmy się przeglądaniem zdjęć, jedzeniem kanapek, piciem fanty porzeczkowej oraz planowaniem, jak to podczas postoju dostać się do luku bagażowego, aby wyjąć coś ciepłego do ubrania. Przeciąg był, bowiem tak straszny, że urywało głowy. Przez owo celowe pozostawanie w cieniu nie śpieszyliśmy się z domaganiem się informacji, choć ciekawość nas zjadała - dlaczego to właściwie Pogoria nie wpłynęła do Lizbony. A podróżował z nami sam Kapitan, który coś musiał wiedzieć.
Zdobywanie informacji pozostawiliśmy Patrycji i Pace, z którymi spotkaliśmy się już w Lizbonie na koncercie fado, a którzy już wtedy zaczęli przejawiać pewne inklinacje do trzymania się blisko ośrodka władzy. Zamierzaliśmy ich potem wypytać. Patrycja i Paka zostanie niedługo nazwana Rodziną Adamsów, na której czele pozornie stał będzie Wujek Andrzej. Ze względu jednak na natłok silnych osobowości w tym gronie, praktycznie trudno będzie określić, kto tak naprawdę ciągnie za sznurki.  Czy przesympatyczna ciocia Ewa, czy wiedząca wszystko Patrycja, czy lekko obłąkany ideą dyscypliny i bezpieczeństwa narzeczony Patrycji Piotr, później zwany Sierżantem.
Port w Aveiro składał się z długich i szerokich połaci betonu wylanego w środku niczego. Nie dziwię się frustracji tej części załogi, która spędziła tam cztery ostatnie dni zamiast zwiedzić sobie Lizbonę tak jak my z Danielem.
Wkroczywszy na Pogorię przeżyłam szok, że jest taka mała, niczym statek dla krasnoludków. Na Chopinie to była przestrzeń! Nie mogłam się przez cały wieczór opędzić od myśli, że jestem na statku zabawce. Na szybko zwołanym apelu dowiedziałam się na domiar złego, że śpię w części dziobowej, w której ponoć najbardziej buja. Od tej pory, przez kilka pierwszych dni brałam za każdym razem ostatni prysznic i jadłam ostatni posiłek. Ostatni przed straszną choroba morską, na jaką spodziewałam się w każdej chwili zapaść. Daniel zacierał ręce, że śpi na koi w kubryku, ale szybko mina mu zrzedła, bo nie dało się tego nazwać częścią rufową (najbardziej stabilną na falach) i jego koja znajdowała się ze dwa metry od mojej po przekątnej.
Captain Andrew powitał nas radośnie jak swojaków i wydawał się niezmiernie uradowany faktem, że będzie z nami płynął. Następnie zagonił nas do szkolenia z omasztowania i ożaglowania, które mieliśmy odbyć każdy w swojej wachcie. W mojej i Daniela znalazła się cała Rodzina Adamsów w komplecie (co więcej Wujek Andrzej awansował z miejsca na Starszego Wachty), oraz Tajemnicza Aga, Poważny Jurek oraz Nieco Obrażony Olek. Jeśli chodzi o oficera to trafiliśmy genialnie na Halinkę. Była najmilszą oficerką na pokładzie, przejęta swoją rolą w sympatyczny sposób, uśmiechnięta, i przede wszystkim nie trąciła jak co poniektórzy pozostali  mega-służbistycznym podejściem do żeglowania.
Nazywaliśmy się wachtą drugą i do obsługi, według odgórnego przydziału, przypadł nam (hurra!) fokmaszt rejowy. Raz dwa odświeżyło się pamięć o wszelkich bramach i  bombramach, szotach foka, gejtawach górnego marsla, brasach dolnej marsrei, gordingach. Naiwnością było jednak spodziewać się, że uda się jeszcze tego samego dnia wskoczyć na top masztu. Na Chopinie to było jednak życie! Super Victor – Kapitan na Chopinie miał tę przewagę nad tutejszym Andrew, że nie nigdy ograniczał tego typu przyjemności. Jeśli ktoś czuł się na siłach, mógł wchodzić na górę, ile i kiedy chciał.
Przydział konkretnej wachty do konkretnego masztu jest oczywiście w umowny, bo w rzeczywistości manewrowej każdy biegnie tam gdzie jest potrzebny, a jeśli mu się nie chce to nie biegnie, bo przecież widzi, że i tak zawsze jest za dużo osób. Na wszelki wypadek przerobiliśmy również wiedzę z zakresu bezanmasztu oraz grotmasztu, przy okazji którego dowiedziałam się, co to jest gafel i zrozumiałam wreszcie słowa refrenu szanty o Samancie.
Gdy zadzwonili na kolację, my z Danielem szliśmy nie tyle na kolację, co sprawdzić Cooka. Refren, że na Chopinie to dopiero był Cook, zamarł nam na ustach, gdy spróbowaliśmy bigosu. Na początku z niedowierzaniem, które powoli, w miarę kolejnych posiłków przeradzało się w pewność, musieliśmy oddać Maćkowi sprawiedliwość, że jest Cookiem wyśmienitym, tak jak Marek z Chopina.
W zakresie dzisiejszego szkolenia były jeszcze dwa punkty: wejście na pierwszą platformę pod okiem Kapitana, oraz opanowanie trzech węzłów: wyblinki, węzła ratowniczego oraz całkowicie nie pamiętam jakiego jeszcze, co świadczy o tym, że całkowicie mi się nie przydał. Zresztą dwa pierwsze też. Wyblinka była prosta jak drut, tylko miała to do siebie, że równie szybko wchodziła do głowy, jak z niej wychodziła. Jeśli chodzi o węzeł ratowniczy i liczne jego odmiany: na relingu, na sobie, na kimś, itakdalej itakdalej, nie mogłam go zapamiętać, choć Olek prowadził lekcję metodą obrazową za pomocą historii o wężu, który porywa królewnę. W moim wykonaniu parę razy ją porwał, ale potem nie wiedział, co z nią zrobić i węzeł za każdym razem wymagał lekkiego naprawienia. Za to udało mi się w mig zapamiętać, co to takiego kontrafał, tzn że służy do opuszczania żagli. Zawdzięczam to Jurkowi, który wyłuszczył sprawę w krótkich słowach: „fał, który wciąga żagiel musi być na każdym statku, kontrafału może nie być, bo żagiel może spaść sam za pomocą grawitacji”. I ten sam Jurek nie wiedzieć czemu twierdzi, że jako umysł ścisły nie wykorzystuje prawej półkuli mózgu odpowiadającej przecież za kreatywną dydaktykę.
Okazało się, że nasza wachta ma dziś przydzieloną tzw Psiarę, czyli wachtę od północy do czwartej nad ranem, pełnioną dzisiejszej nocy przy trapie. Obstawiliśmy z Danielem godzinę od pierwszej do drugiej.  Miałam pomysł, aby się trochę przespać przed, ale Daniel miał lepszy, aby przeczekać czas w klasie, zapełniającej się systematycznie kolejnymi członkami załogi. Tym sposobem wzięliśmy udział w grze integracyjnej w rodzaju: „powiedz swoje imię i coś o sobie” i takie tam. Było ustalone, że „coś o sobie”, ma zawierać skąd jesteś i jaki jest twój ulubiony kolor, ale rozpełzło się w takie rejony informacji, że ja i Daniel, choć trzymaliśmy się po prostu instrukcji, zostaliśmy okrzyknięci uczestnikami mającymi coś do ukrycia. Z pewnością jednak nie zapomnę do końca życia, że Gosia jest z Bartoszyc, co było powtórzone chyba z osiemdziesiąt razy. Na Chopinie to dopiero było życie, nikt nikomu nie serwował gier integracyjnych, a z jakichkolwiek gier wystąpiła  jedynie parę razy mafia.
Gdy stawiliśmy się na wachcie, zastaliśmy tam Sierżanta, który ani myślał iść spać i twardo realizował swój plan, aby w ciągu tej nocy, kolejno poszczególnym członkom załogi, opowiedzieć historię swojego życia i w ten sposób ukazać fundamenty swojej fascynacji dyscypliną i bezpieczeństwem. Musząc go uprzejmie słuchać, ani przez moment nie mieliśmy okazji wymienić się wrażeniami z dzisiejszego dnia.
 
25 września
 
Znów ten okropny dzwonek, a raczej ryk na pobudkę, na który nawet stopery nie pomagają! Pod tym względem życie na każdym statku jest takie samo.
Dobrą wiadomością było to, że pomimo zatrzęsienia dziewczyn w części dziobowej, nasze dwie toalety plus dwie umywalko- prysznice w jednym, wcale nie były aż tak okupowane, jak można było się spodziewać. Spokojnie wzięłam ostatni prysznic przed zapadnięciem na chorobę morską.
Chodziły słuchy, że mamy wypłynąć dziś po obiedzie. Z portu w Aveiro wypływa się tylko dwa razy dziennie ze względu na obecność pływów wody, które uniemożliwiają wypływanie, kiedy się chce. Podczas apelu, w części „wolne wnioski załogi”, sfrustrowana jej część przypuściła szturm na Kapitana. Żądała wyjaśnienia przedłużającego się od kilku dni postoju w porcie. Kapitan zastosował sprytną strategię kontrataku, a poprawił po nim Bosman i wyszło na to, że niezadowolenie z faktu, że statek nie pływa zgodnie z planem nie jest godne szanującego się marynarza. Statek, bowiem podlega prawom natury: tu rządzi morze, wiatr i mgły. Między słowami obaj chcieli po prostu powiedzieć, że malkontenci są niemile widziani. Daniel i ja, należący do tej szczęśliwej grupy ludzi, którzy dopiero wczoraj zawitali na Pogorii i zwiedzili sobie Lizbonę wzdłuż i wszerz zamiast stać w betonowym porcie tyle czasu, zmartwiliśmy się jedynie faktem, że przegramy regaty. Trasa na odcinku Aveiro – Madera polegała bowiem na ściganiu się żaglowców z całego świata i żeby wygrać trzeba było na czas wypłynąć. Tymczasem, podczas gdy Pogoria utkwiła w porcie, pozostałe statki mknęły już ku współrzędnym pozycji „start”.
Po apelu Kapitan zarządził ciąg dalszy szkolenia. Wachtę nawigacyjną spędziliśmy więc tak samo jak pozostali - na zapoznawaniu się ze sposobem działania szalup ratunkowych, z obsługą pontonu i tego typu rzeczach. Pod okiem Kapitana, można też było wejść na druga platformę. Phi, ale mi łaska. Chętnych było sporo a wśród nich o dziwo Daniel, bo i pogoda była ładna i staliśmy nadal w porcie, więc nie bujało. Daniel wcale jednak nie zamierzał wysilać się wchodzeniem  na druga platformę. W celu bycia uwiecznionym na zdjęciach, wystarczyła mu pierwsza. Wynajął mnie na paparazziego, wyłuszczył szczegóły wymaganych przez siebie ujęć i wreszcie ustawił się na szarym końcu kolejki chętnych do wejścia. Zanim wszedł, napozował się, zszedł i zwolnił mnie z funkcji paparazziego, na platformie został tylko Kapitan. Dzięki temu spędziłam sobie z nim parę chwil sam na sam, w czasie których naszło go wspominanie starych dobrych czasów. Pomimo stanu rozmarzenia, Kapitan nie stracił niestety czujności i nie zrobił dla mnie wyjątku w postaci pozwolenia mi wejścia na bombramreję. Niech to!
Ku uciesze wszystkich, po obiedzie wreszcie wypłynęliśmy. Wiatr był gorzej niż marny. Paradoksalnie była to dla nas świetna wiadomość, gdyż dzięki temu start regat został przesunięty na kolejny dzień. Te nadgorliwe żaglowce, które osiągnęły obszar startowy, miały za zadanie przeczekać ten czas delektując się martwą falą, która kołysze statkiem we wszystkie strony, wybierając owe strony na chybił trafił. Taka fala stanowi ponoć najkrótszą drogę do choroby morskiej. I po co się było śpieszyć? My sobie dopłyniemy do jutra spokojnie na silniku.
Teoretycznie o szesnastej a praktycznie osiemnastej, rozpoczęła się nam wachta kambuzowa. Cook Maciek, zgodnie z tradycją obowiązującą wśród cooków, sprawiał wrażenie (na wszelki wypadek) osoby poważnej i zdystansowanej, takiej która nie da sobie wejść na łeb. Postanowiłam go nieco rozruszać znienawidzonym przez wszystkich cooków pytaniem: co będzie dziś na obiad, ale Maciek ani drgnął. Ze stoickim spokojem i bez cienia uśmiechu dał tradycyjną odpowiedź, że pierwsze i drugie danie. Potem się okaże, że jest człowiekiem o niespotykanej cierpliwości, nawet w obliczu krnąbrnych chłopaków. Wyprowadzić go z równowagi mogło tylko tykanie jego maskotki wiszącej sobie w prawym bulaju w mesie. Czasem więc robiliśmy mu psikusy w postacie wykręcania jej w rozmaite pozy.
Ulubiona maskotka Cooka, tylko w teorii nietykalna
 
Na kolację była smakowicie wyglądająca pieczona kiełbasa i papryka konserwowa. Owe dwa niewinnie wyglądające składniki oraz wzmagająca się fala szybko zebrały pierwsze żniwo. Wiadomo, że najwięcej ofiar ponosi zwykle wachta kambuzowa siedząca pod pokładem. Najpierw dopadło ciocię Ewę i jak już dopadło tak nie puściło aż do samej Madery. Biedna ciocia Ewa, którą mąż zabrał na wczasy, aby zaznała uroków żeglowania po oceanie, a wyszło na to, ze zaznała głównie uroków choroby morskiej. Zaraz za ciocią wykruszyła się Patrycja. Następnie Aga zaczęła coraz częściej odczuwać imperatyw zażywania świeżego powietrza na pokładzie Na koniec padł Jurek, który długo i dzielnie znosił fale mdłości, starając się panować nad sobą poprzez koncentrowanie się na obliczeniach matematycznych w pamięci, ale w końcu powaliło go starcie z papryką konserwową.  Zaległ na koi.
Na placu boju, czyt. placu sprzątania po kolacji, z naszej wachty pozostaliśmy we czwórkę. Ja i Daniel trwaliśmy nieugięci, bo mieliśmy chrapkę na ową smakowitą kiełbaskę, a przecież, jako drużyna kambuzowa musieliśmy czekać, aż wszyscy pozostali zjedzą kolację. Miała to być nasza ostatnia kolacja na Pogorii. Tymczasem zjedliśmy kiełbaskę, paprykę, a tu nic. Zero objawów. Posprzątaliśmy nawet całą kuchnię, łącznie z podłogą i nadal nic. Dzięki temu wzięłam jeszcze ostatni prysznic. Jest szansa, że jeśli przetrwamy poranną pobudkę na fali, jutro zjemy jeszcze ostatnie śniadanie.
 
26 września
 
Jak człowiek musi wstać o koszmarnej szóstej trzydzieści by stawić się na wachcie kambuzowej, zapomina o całym świecie, włączając w to miotającą statkiem falę, chorobę morską i plan zjedzenia ostatniego śniadania. A przecież przechył był już dość spory, kubki układaliśmy na stołach w pozycji horyzontalnej i nie tyle przemieszczaliśmy się, co zataczaliśmy po kambuzie.
Ilość osób potrzebnych do przyrządzenia posiłku oraz obsługi podczas niego jest jednym z dziwniejszych zwyczajów na Pogorii. Na Chopinie to było życie - wystarczyło do tego trzy osoby. W konsekwencji ustawicznego zaangażowania całej wachty, praktycznie wszystkie dziewięć osób stoi pod ścianą kambuza i obserwuje jedzących pozostałych członków załogi, wywierając niechcący presję, aby szybciej jedli.
Przez całe półtora dnia wachta kambuzowa pełni funkcję jakby Gospodarza statku: przygotowuje posiłki, zaprasza na nie przez radio, sprząta, obsługuje i dogadza pozostałym. Jednym słowem jest mistrzem ceremonii i nadaje ton, dzięki czemu statek przez półtora dnia przybiera jedyny w swoim rodzaju charakter. Przykładowo Wachta Kreatywna, do której należały pełna pozytywnej energii Gosia z Bartoszyc i Paula Portugalka odznaczała się stosowaniem strategii urozmaicania. Przywdziewała czapeczki z gazety, dekorowała stoły własnoręcznie wykonanymi kwiatami, piekła ciasta itp. Inna z kolei wachta, zawierające w swoich szeregach cenną osobowość Tomka, słynęła z przymrużenia oka i żartobliwej obsługi. Rewelacyjne Tomkowe zapowiedzi radiowe sprawiały, że chętnie się wstawało pomimo ryku dzwonka.  Wachta Hodowlana, złożona w połowie z Kurczaków, była natomiast buntownicza i pełna kłębiących się humorów. Kurczaki rzadko przebywały w w dobrym nastroju.  Poprosisz człowieku nieopatrznie Kurczaka o dokładkę chleba, bo się skończył na stole, uważaj! Mogłeś trafić akurat w moment, gdy nie ma on chęci ruszać ręką, w związku z czym najpierw na ciebie łypnie okiem. Następnie pójdzie do kambuza i wróci, ale niekoniecznie z chlebem w dłoni. W wersji pesymistycznej powróci i skwituje krótko: „chleb się skończył!”. W wersji optymistycznej przyniesie Ci chleb i rzuci na stół z miną „ a masz i nie śmiej prosić o więcej”.
W gruncie rzeczy jednak, Kurczaki, czyli 4 najmłodsze uczestniczki rejsu - nastolatki w wieku dojrzewania, były słodkie i kochane, tyle, że stanowiły wybuchową mieszankę złożoną ze zdecydowanych osobowości. Uważały się na ofiary ucisku i braku poszanowania wolności obywatelskich. Ich największym marzeniem było pozbyć się Hodowcy, który był wyznaczony na ich opiekuna, jako, że posiadał córkę w podobnym wieku. W czasie pobytu w porcie, punkt 22:00 obrażały się na cały świat , że muszą sterczeć na statku, podczas gdy starsze dziewczyny mogły sobie robić, co im się podoba.
I tak to, ów drugi dzień na Pogorii mijał sobie na czynnościach porządkowych wykonywanych na falach przetaczających się w rytmie na trzy czwarte. Przemierzaliśmy ze szmatami i mopami czeluście podpokładowe, lekko tanecznym krokiem. Kierunek wzdłuż fali wymagał jedynie lekkiego balansowania przy pomocy rąk. Kierunek zaś wszerz fali żądał już dobrej koordynacji wzrokowo ruchowej.
Powiedzmy, że człowiek chciał przemieścić resztki jedzenia ze stołu, aby upchać je w lodówce, a startował z głębi kambuza. Jedną z możliwych strategii było poczekanie aż fala ustawi statek w pozycji kambuz w górze, stoły w dole. Wtedy siłą rozpędu można było przebiec z jednej strony na drugą pilnując jedynie, aby nie zderzyć się ze ścianą. Następnie należało złapać naczynie z jedzeniem i poczekać aż fala się odwróci i znów siłą rozpędu wparować do kambuza z tym samym zastrzeżeniem, co poprzednio. Druga strategia była lustrzanym odbiciem pierwszej i przewidywała wspinanie się pod górę, dzięki czemu unikało się rozwinięcia zbyt dużej prędkości, a co za tym idzie zderzenia ze ścianą. Czasami jednak fala zdradziecko wykonywała zwroty i zmieniała kierunek zanim człowiek zdążył przemieścić się na zaplanowaną odległość.
Z punktu widzenia wachty kambuzowej Pogoria jest ogromnym statkiem i ma ogromne połacie do wycierania, szorowania, odkurzania i mopowania. Jeśli chodzi o to ostatnie, Daniel twierdził, że nie zna takiego słowa i kiedy tylko je słyszał, domyślał się, że „wymopuj” podłogę, oznacza: „idź odpocznij”. Wtedy to, nie zastanawiając się długo, to właśnie robił. Podkreślić należy, że szeregi nasze zostały zdziesiątkowane chorobą morską i dwie osoby: ciocia Ewa oraz Patrycja nadal znokautowane, przebywały w pozycji horyzontalnej w swoich kojach. Postanowiłam, że za wszelką cenę nauczę Daniela słowa „mopować”, a kierowałam się przy tym prostą kalkulacją: ilość pracy jest stała, przyjmijmy, że x. Do wykonania jej jest 5 osób z Danielem, a 4 bez Daniela. Czyli x/5 < x/4, z czego wynika, że biorąc się za robotę w pięć osób, zarówno każdy będzie miał mniej do zrobienia jak i całość zostanie skończona szybciej. Daniel do dziś gryzie się w język i rwie włosy z głowy pamiętając, że przedstawił mi gruntownie, choć nieopatrznie swoją teorię o tym, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu przytaczając przykłady, jak to na Chopinie udawało mu się cichaczem wyłgać od roboty. Nie wziął pod uwagę tego, że ta informacja okaże się wężem zjadającym własny ogon i nie omieszkam nagłośnić każdego zaobserwowanego na własne oczy, czy też zmyślonego na wszelki wypadek przypadku unikania przez Daniela pracy. He he he.
Daniel przemyślał swój błąd taktyczny i wyciągnął wnioski. W tym celu oddał się opracowywaniu planu doskonałego, dzięki któremu zbudowałby w umysłach współpracowników iluzję, że to właśnie on pracuje najwięcej.  Tak go to pochłonęło, że przez pozostałe dni można go było znienacka spotkać, to tu, to tam głęboko zamyślonego, z nieobecnym spojrzeniem, mówiącego coś sam do siebie oraz kreślącego ręką obliczenia w powietrzu. Nie udało mu się jednak nikogo zwieść i szybko nauczył się gdzie znajduje się mop i co się z nim robi. Fragmenty podłogi wymopowanej przez Daniela błyszczały bardziej niż inne.
Podczas gdy Daniel medytował nad planem przeistoczenia się w lesera doskonałego,  ja, z jedną ręką trzymającą ścierkę, a drugą ludwik, zatopiłam się w rozważania o chorobie morskiej, głowiąc się, czy przychodzi ona nagle ciach i uderza znienacka? Czy rozwija się i nasila powoli, acz systematycznie? W końcu kiedyś musi przyjść. Na Bałtyku mnie ominęła, bo panowała tam nieustająca flauta. Ale na Atlantyku chyba się nie wywinę? Wsłuchując się w odgłosy własnego organizmu i nie rozpoznając żadnych niepokojących sygnałów, zwierzyłam się z moich rozterek Sierżantowi, dla którego jak się okazało filozofia choroby morskiej jest prosta jak budowa cepa. Cel do wykonania: „nie dać się pochłonąć chorobie morskiej”.  Środek do tego celu: „nie dopuścić do komunikacji pomiędzy żołądkiem, a błędnikiem”. Wykonać i rozejść się! Dyscyplina musi być!
Uff, temat sprzątania zdominował cały dzisiejszy dzień i cały obecny fragment dziennika. Z ulgą oddaliśmy kambuz kolejnej wachcie o godzinie punkt szesnasta.
Potem przez cztery godziny próbowałam różnymi sposobami uprosić Kapitana, aby pozwolił mi wskoczyć na maszt. Efekty zerowe. Uparł się jak osioł. Jedyną rzeczą, jaką Kapitan hojnie rozdawał na prawo i lewo były pompki do zrobienia.
 
Z moich obliczeń wynika, że od szesnastej do dwudziestej mieliśmy dziś wachtę manewrową. Nawet, jeśli nie mieliśmy to mieliśmy kierując się zasadą, że kronikarz ma zawsze ostatnie słowo…. (nawet jeśli nie zrobił notatek)  Zresztą nikt,  z wyjątkiem Jurka, który robił sekretne zapiski w wolnych chwilach i skrzętnie notował, co było i po czym, się przecież nie doliczy, kiedy była ta czy inna wachta. Tak czy inaczej, z popołudnia i wieczoru pamiętam tylko to, że miałam za zadanie porwać na małe kawałki i wyrzucić za burtę dwa ogromne kartony, w czym pomogła mi nieoceniona Aga.
Przypadała nam dziś w udziale świtówka, czyli wachta od czwartej rano do ósmej. Wujek Andrzej odgrażał się, że obudzi nas o 3:30 przewidując, że będziemy się ubierać w zwolnionym tempie. Zwłaszcza, że mieliśmy do włożenia co najmniej trzy warstwy ubrań na poranne mrozy plus szelki.  Ja i Aga, śpiące w zapomnianej przez wszystkich części dziobowej, Aga w dodatku na jej najdalej w stronę dziobu wysuniętej górnej koi, zostałyśmy przeoczone i pospałyśmy sobie do 4:15.
Pojawiwszy się na pokładzie, ziewając od ucha do ucha, stwierdziłyśmy, ze właściwie nie ma tam nic do roboty i wszystkie stanowiska są obsadzone i to z górką. Kto to słyszał, bowiem, aby na statku były aż cztery oka? Jedno z prawej sterburty, jedno z lewej bakburty (Jurek!! I co łyso Ci??), jedno w lewym rogu rufy i jedno w prawym rogu rufy? Na Chopinie to dopiero było życie: wystarczyło jedno oko! Rozmnożenie się stanowisk ocznych poza granice rozsądku można wyjaśnić jedynie faktem, że nasz starszy wachty jest z Krakowa i rozdziela zajęcia w stylu krakowskim, czyli po równo. Istnienie stylu krakowskiego uzmysłowił nam potem Hodowca Kurczaków, który sam był z Krakowa, więc się znał. Styl krakowski charakteryzuje się mianowicie przerostem liczby rąk potrzebnych do wykonania danego zadania. Nikt nie może zostać bez roboty, lepiej rozmnożyć oczy niż pozwolić komuś na nicnierobienie. Dajmy na to, z przygotowaniem śniadania poradzi sobie z powodzeniem trzy osoby. Jeśli jednak ma się starszego wachty z Krakowa, wstać musi wszystkie dziewięć i albo część się obija, albo, jeśli pracują solidarnie to potem zostaje pół godziny bezsensownego czekania. W przypadku wacht manewrowych styl krakowski oznaczał, że nie istnieje opcja stendbaju polegająca na tym, że podczas gdy, żelazna liczba ludzi potrzebnych do obsługi statku pracuje na pokładzie, a reszta zalega w klasie, w mesie, czy gdziekolwiek bądź, czekając na swoją zmianę. Krakowska karykatura stendbaja polegała na możliwości zejścia pod pokład na chwilę na  herbatę, z czego z Agą skwapliwie skorzystałyśmy. W moim przypadku chwila rozciągnęła się nieco, aż do momentu, kiedy wujek Andrzej przysłał mi wyraźny rozkaz stawienia się na prawym oku sterburty, na którym zmieniłam Olka. Olek umościł wygodne siedzenie na linach w pobliżu nagielbanku, z którego skorzystałam i oddałam się wypatrywaniu małych odległych punkcików, nie wierząc, że jakieś wypatrzę. Na Chopinie to było życie: człowiek oko miał lornetkę!
Brak wiary w powodzenie misji ocznej był całkowicie uzasadniony, o czym dowiem się w niedalekiej przyszłości od Hodowcy Kurczaków, przedstawiciela władzy w Wachcie Hodowlanej. Wysyłała ona Kurczaki na pierwszą linię frontu, czyli na dziób, z duszą na ramieniu. Kurczaki potrafiły zasnąć na oku, co groziło wpadnięciem do morza. Aby nie sterczeć przy burcie w pojedynkę, twierdziły że boją się ciemności i żądały, aby wysyłać je w parach. Czasem udawały chorobę morską, a gdy to nie pomagało obrażały się na cały świat i organizowały włoski strajk. Jednym słowem potrafiły rozbrajająco wodzić wszystkich za nos i robić to, na co akurat mają ochotę. Opowiadając nam o nich, Hodowca, zdradził niechcący, że obserwując otaczające statki na radarze jak na dłoni, zakładał się z oficerką ChickenAnn,  kiedy Kurczaki ustawione na oku dostrzegą dany statek. Zazwyczaj dostrzegały go, bowiem, gdy już miał nas na rufie.
I tu pryska cały czar stania na oku. Jedyny sens, jaki pozostaje można streścić w trzech punktach: 1. zdrzemnąć się, bo i tak nikt nie widzi, 2. pośpiewać piosenki, bo i tak nikt nie słyszy, 3. Oddać się rozważaniom egzystencjalnym. Koniec.
 
27 września
 
Odbywszy wachtę świtową, człowiek doświadcza zazębiania się dwu dni na raz, bo trudno jest stwierdzić, w którym miejscu właściwie zaczyna się nowy dzień. Czy wachta jest końcem dnia poprzedniego, czy początkiem nowego? Ta kwestia zaprzątała mi głowę ze względu na doskwierający od świtu głód połączony z brakiem jakiegokolwiek jedzenia w lodówce. Przyjąwszy, że świtówka kończy dzień poprzedni, jeść się nie powinno (o tak późnej porze???). Przyjąwszy natomiast, że rozpoczyna dzień kolejny, wskazane jest się pożywić, aby nabrać sił i nie zemdleć na służbie. Nie rozwiązawszy do końca tego dylematu, na wszelki wypadek zgłosiłam na porannym apelu postulat, aby wachta kambuzowa zostawiała coś do jedzenia w lodówce dla swoich wygłodniałych z rana kolegów i koleżanek zmuszonych do sterowania, stania na oku i odczytywania parametrów nawigacyjnych. Zupełnie nie wiem, dlaczego wszyscy się strasznie śmiali, a Kapitan kazał mnie uciszyć.
Padając z wyczerpania i niewyspania z ledwością doczekałam końca apelu. Następnie  podążyłam na koję i zapakowałam sobie stopery. Bosko. To było 3 godziny najlepszego snu do tej pory, wreszcie bez efektu przesuwania się w koi. Dotychczas, miałam nieodparte wrażenie, że nie zmrużyłam oka. Fale w nocy się wzmagały i Pogoria osiągała taki rozkołys wszerz, że noc spędzałam na daremnych próbach zapadnięcia w głębszy sen. Za każdym razem, kiedy już prawie mi się udawało zasnąć, nadchodząca fala powodowała, że przesuwałam się w koi na prawo i natychmiast budziłam. Potem przez chwilę był spokój i już prawie zasypiałam, gdy fala zawracając, budziła mnie, przesuwając w lewo.
Punkt dwunasta w południe trzeba było stawić się na wachtę bosmańską. Z Bosmanem nie ma żartów, gość służył w wojsku. Daniel, swoim leserskim zwyczajem, zgłosił się do najlżejszego ze wszystkich zajęć: szlifowania relingów papierem ściernym. Mnie przypadło w udziale, wyszorowanie dachów całej części rufowej z kurzu i pyłu. Owładnięta myślami, że człowiek nic innego nie robi na tej Pogorii tylko coś szoruje, musiałam w dodatku wysłuchać zewsząd wszelkich możliwych docinków, na temat tego, jak się prezentuję ze szmatą w rękach i czy nadaje się na żonę. Uznałam, że pocieszyć może mnie jedynie skok na maszt i przypuściłam szturm na Kapitana. Ten, swoim zwyczajem wił się jak piskorz i nawet mój koronny argument, o tym, że obserwuję już u siebie zanik mięśni skwitował krótkim rozkazem: 200 pompek!.
Gdy po uporaniu się z umyciem dachów, zobaczyłam, że oto Wujek Andrzej wraz z Sierżantem, jakoś urobili Kapitana i wspinają się z aparatem foto na fokmaszt, kropla goryczy mi się przelała. Poczułam, że nienawidzę tego szowinistycznego statku, na którym dziewczyny są tylko do sprzątania i gotowania, a do wspinania po masztach i manewrowania żaglami chłopaki. Na chwilową czarną rozpacz i przenikającą tęsknotę za Chopinem, gdzie dopiero było życie, pomóc mógł tylko prysznic ociekający wodą i łzami, których nikt nie słyszał, bo prysznic zagłusza maszynownia. Kiedy zaopatrzona w okulary przeciwsłoneczne powróciłam na pokład i walnęłam się na klasie, mając wszystkich gdzieś. Sierżant wrócił właśnie ze swojej uprzywilejowanej wycieczki z fokmasztu i zrobił zdjęcie bombrama odbijającego się w moich okularach. Taka to oto sprawiedliwość. On sobie na bombramie postał nogą, a ja musiałam zadowolić się bombramem w lustrzanym odbiciu.
Następnie Bosman zarządził Wielkie Szorowanie Pokładu. Z powodu nagromadzonego wstrętu do szmat i mopów, zajęłam stanowisko przy szlauchu. I tak stopniowo, polej tu, polej tam, nastrój powrócił mi do stanu normalnego i znów świat wydał się piękny. I to mimo tego, że jak tylko skończyliśmy myć pokład, spadł deszcz. Świadomie mówię: spadł, a nie padał, bo trwało to nie więcej niż 10 minut.
Świat pojaśniał i pokraśniał jeszcze bardziej, gdy Kapitan zarządził postawienie bombramsla. Uznawszy, że otrząsnęłam się wystarczająco z nastroju typu: „Kapitan jest podłym szowinistą, nienawidzę go i niech sobie sam wchodzi na maszty”, zapakowałam się w szelki i pomknęłam na lewą bombramreję, zagarnąwszy po drodze Jurka. Musiałam go w tym celu wyrwać ze środka obliczeń matematycznych, którym się oddawał. Jurek, bowiem, zapamiętały umysł ścisły, słynie z zamiłowania do wszelkich cyfr oraz działań, jakim można je poddać. Spośród nich, szczególnie umiłował sobie mnożenie.  W wolnych chwilach mnożył sobie dla przyjemności liczby dwucyfrowe przez trzycyfrowe w pamięci, pracując ze stoperem w ręku nad stopniowym zmniejszaniem czasu, jaki potrzebny jest do podania poprawnego wyniku. Pewnego razu wprawił tym w osłupienie Sierżanta i sprawił, że w jego  umyśle, zanurzonym w przekonaniu o wyższości Dyscypliny nad wszystkim innym łącznie z Matematyką, powstała mała ryska.
A było to tak: siedzieliśmy sobie któregoś razu w parę osób na pokładzie i próbowaliśmy wsłuchiwać się w odgłosy morza wieczorową porą, tymczasem Jurek jak to Jurek trajkotał jak najęty. Ponieważ 80% czasu przeznaczonego na wypowiedź przeznacza on na opisy, słuchacz, w pewnym momencie, zaczyna odpływać i machinalnie potakiwać głową, na znak że słucha, dopóki jego ucho nie wychwyci jakiejś informacji –perełki którą usłyszeć faktycznie warto. I tak właśnie sobie odpływam i odpływam, a tu nagle słyszę jak Jurek mówi, że dla rozrywki mnoży sobie liczby dwu przez trzycyfrowe w pamięci. Wszyscy, którzy wychwycili ową informację-perełkę, przybrali chwilowo miny jakby głośny hałas wyrwał ich nagle z błogiej drzemki, aby następnie znów pogrążyć się w lekkim otępieniu. Jurek, bowiem, nie przestał wcale nadawać dalej. Tymczasem zadzwonili na kolację i pomiędzy kęsem chleba z serem, a łykiem herbaty, mówię znienacka do Jurka: ile jest 285 razy 42. Siedzący naprzeciwko Sierżant oraz Wujek Andrzej najpierw spojrzeli na Jurka z tryumfem wyrażającym coś na kształt: „he, he, he, ale cię złapała mądralo”, a następnie usłyszawszy w mig odpowiedź 11 970, przebyli w zakresie przybieranych min, drogę od lekkiej zdziwki i niedowierzania po owo wspomniane wyżej osłupienie. Osłupienie się przykleiło do twarzy Sierżanta na dobre po tym, jak obliczył na kalkulatorze i okazało się, że się zgadza.
Wróćmy jednak do bombramrei lewej, na którą wspięliśmy się we trójkę w składzie: Józek Hodowca Kurczaków, ja, oraz Jurek, podając kolejność od noka. Bujało i kiwało, a maszt uparł się, aby uzyskiwać za każdym razem największe możliwe wychylenie na boki, co na bombramrei odczuwało się w dwójnasób. Moje biedne mięśnie  cierpiały na tym bardzo, próbując się wyluzować i nie trząść mną ze strachu.
Gdy się trochę przyzwyczaiłam do huśtania, zeskanowałam możliwość wejścia na top masztu. Oczywiście, gdyby był tu z nami Krzysiek Wygina Śmiało Ciało to niczego by nie skanował, tylko już by tam siedział. Osobnik ten bowiem, jako człowiek guma, wlezie wszędzie, a jak już wlezie to i wykona jakieś salto mortale, położy się na rei, zrobi nożyce, jaskółkę i co tam jeszcze chcecie.
Ponieważ dla normalnego człowieka praktycznej możliwości zdobycia topu nie było, oddaliśmy się z Jurkiem rozważaniom czysto teoretycznym, co wprawiło w przerażenie naszego towarzysza z noka – Józka Hodowcę. Zaklinał się, żebyśmy nigdzie nie wchodzili, bo on dostanie zjebkę od Kapitana. Pocieszyłam go, że od zjebki od Kapitana się nie umiera. Pchi, jedna mniej, druga więcej, 200 pompek w tą, 200 w tamtą, kto by się przejmował. Na top się jednak nie wspięłam, bo się bałam. Przynajmniej konkretny powód, a nie jakaś zjebka.
Co do zjebek, to na Pogorii można było z nich ułożyć sporą kolekcję. Gdzie człowiek nie stanął, o co się nie oparł, czego nie zrobił, to natychmiast spod ziemi wyrastał jakiś Miotacz Zjebek w postaci przede wszystkim oficerów wyjąwszy z nich jedynie naszą kochaną Halinkę. Jako Miotacz Zjebek przodowała Agacja – dziewczyna o niewzruszonej twarzy. Miała zasady, których się trzymała, a najściślej tej, żeby się do nikogo nie uśmiechać. Powodowało to, że człowiek miał uciążliwe  wrażenie, że jest na niego znowu wkurzona. Ona to jednak jeszcze nic, bo przynajmniej miała miły głos.  Straszniejsza  była Chicken Ann. Ta, jak ryknęła, człowiek głuchł na pół godziny. Całe szczęście, że ani z jedną ani z drugą nie miałam przyjemności obcować nader często. Był jeszcze oficer Maciek, cichy i nieśmiały chłopak, który wyrównywał wrzaskliwość tamtych, bo nigdy nie podnosił głosu i w ogóle rzadko się do kogokolwiek odzywał.
Przebywając nadal na bombramrei obejrzeliśmy sobie zachód słońca oraz przepływające obok Pogorii stado delfinów. Jak to słusznie podsumował Jurek: „Daniel się nie zna, a my wiemy, że świat z bombramrei jest piękniejszy”.
Mieliśmy dziś wachtę do północy. Dzięki temu uczestniczyliśmy w sprawach najwyższej wagi. Wiedzieliśmy jaką osiągamy prędkość, jaki jest wiatr, jaka prognoza pogody, oraz przede wszystkim, jakie mamy widoki na wygranie regat. Dziś nasza prędkość oscylowała wokół 8-9 węzłów, a wiatr około 5-6 w sk Beauforta, wiał w postaci bajdewindu w porywach do półwiatru. Pogoda przeistaczała się powoli acz skutecznie w typowy dla Madery mix pogodowy, który można streścić jako: „i słońce i pada i słońce i pada”.
Czego by nie opowiadać o naszym Wujku Andrzeju, głowie rodziny Adamsów  i jego krakowskim stylu zarządzania, nie był to żaden czarny charakter i osobiście bardzo go lubiłam. Zawsze można było z nim coś wynegocjować, na przykład to, żeby nie stawiał mnie przy sterze. Fobię do sterowania odziedziczyłam już po Chopinie, a tutaj w dodatku koło sterowe skrzypiało i wymagało trzy tony nacisku, aby utrzymać kurs. Niezmiernie lubiłam natomiast wcielać się w tzw Nimfę Sterową (termin ukuty przez żonglera językowego Jurka). Stanowisko Nimfy Sterowej, było to ksywką dla oka rufowego wypatrującego punkcików za statkiem. Zapewniało ono szereg rozrywek i napadów śmiechu, zwłaszcza  jeśli za sterem przebywał akurat Jurek.
Drugą moją ulubioną czynnością w czasie wachty była funkcja asystenta nawigacyjnego. Taki ktoś miał za zadanie robić odczyty pomiarów, zapisywać je w brudnopisie, oraz zaznaczać kurs na mapie. Bardzo ciekawe zajęcie, pod warunkiem, że w tajniki wiedzy nie wprowadza człowieka Sierżant. Sierżant ma bowiem wrodzoną skłonność do jak najbardziej skrótowych definicji, przekazując informacje w formie bezosobowej. Gdyby przetransformować jego wypowiedzi ustne na słowo pisane, okazałoby się, że człowiek po przeczytaniu raz, musi przeczytać drugi raz, bo nic nie rozumie, potem trzeci raz, bo zaczyna go niepokoić iloraz własnej inteligencji, potem czwarty raz, bo popada w panikę, że chyba cofnął się w rozwoju. Piąty raz już nie czyta, bo skoro i tak nic nie rozumie, postanawia zostać murarzem.
Jako absolutny i niezaprzeczalny laik w sprawach żeglowania, który nie ma najmniejszego pojęcia o prędkościach wiatru, skalach pomiaru, sposobach wyznaczania kursu, i tak dalej i tak dalej, musiałam zmagać się z czającym się poczuciem, że jestem nierozgarniętą blondynką. Nie byłam w stanie zrozumieć skrótowych informacji przekazywanych przez tych wszystkich fachowców żeglarskich, którym nie chciało się robić wysiłku, żeby wytłumaczyć coś czarno na białym, kawę na ławę, używając języka dla początkujących.
Co do naszej pozycji w regatach, najwięcej strzępów informacji można było wyłuskać podsłuchując Bosmana. Będąc kobietą, najlepiej było nie pytać go wprost, bo istniała spora szansa, że człowiek zostanie potraktowany z politowaniem. Bosman, to gość rodem z Rambo 3, albo Terminator 2, który z babami gada, tylko, jeśli jest w wyjątkowo łaskawym nastroju. Dobrze było zachować ostrożność i się w ogóle do niego nie zbliżać.
Wieść niosła, że idzie nam w regatach całkiem nieźle. Z tego co, z kolekcjonowanych tu i tam skrawków informacji i podsłuchiwania Bosmana mój babki móżdżek zdołał połączyć w całość, wynikało, że mając najgorszą pozycję startową (rozpoczęliśmy regaty później niż pozostałe żaglowce), sprytnie nadgoniliśmy i zdołaliśmy wyprzedzić paru rywali. Nie mieliśmy jednak szczęścia do kierunku wiatru wiejącego z tyłu lub z boku, czyli idealnie dla fregaty, którą Pogoria nie jest, skoro jest barkentyną.

Podobno lepiej by nam szło w wyścigach, gdyśmy mieli wiatr z przodu, który skutecznie wyhamowałby fregaty, a nam pozwolił na ich przegonienie. Dzięki sztuce manewrowania a la Bosman,  zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby poprawić naszą marną końcową pozycję, ale zwycięstwo było raczej poza naszym zasięgiem.
Do taktyki żeglowania i wyciskania maksymalnej prędkości w danych warunkach. dochodzi kwestia przeliczników. Taki na przykład niemiecki Von Humboldt, który jest starym, ciężkim statkiem, przerobionym na żaglowiec nie pamiętam już, z czego, płynie sobie na swoich zielonych żaglach wcale się nie śpiesząc, bo i tak wie, że zostanie zwycięzcą, choćby i dotarabanił się ostatni. Po przeliczeniu różnych wskaźników, typu wiek, czy ciężar, które bierze się pod uwagę, okazuje się, że to on ma relatywnie najlepszy czas.
I tak to zajmując dziesiątą pozycję w regatach, osiągając w porywach wiatru 12 węzłów, a bez porywów 8, dopłynęliśmy do końca wachty i udaliśmy się na spoczynek obmyślając strategię jak tu zasnąć, gdy człowieka przesuwa w koi.
 
28 września
 
Ledwie człowiek rozbierze się z góry ciuchów i odplącze z szelek i zszedłszy z wieczornej wachty przyłoży głowę do poduszki, a tu znów trzeba ubierać górę ciuchów i zaplątywać szelki, bo kolejna wachta zaczyna się z samego rana, zaraz po apelu.

Co tu jednak zrobić, gdy po wczorajszym deszczu ma się przemoczone buty, a na zewnątrz znów pada?? Nie płynę więcej w rejs bez zabrania gumowców. Nie miałam wyjścia i założyłam ostatnie suche adidasy i od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. Rozkaz brzmiał: sklarować foka. Zanim zleźliśmy z masztu, zgodnie z rytmem maderskiego klimatu, deszcz przestał padać i wyszło słońce.
Dzień po dniu, to tu to tam, Kapitan przemycał jakieś fragmenty szkolenia z alarmów. Dziś był alarm przeciwpożarowy. Na pytanie Kapitana, czy wachta jest w komplecie, bez mrugnięcia okiem odpowiedzieliśmy, że owszem, natomiast, w rzeczywistości, jak zwykle brakowało cioci Ewy, która bidula wyzdrowieje dopiero, jak w Funchal wyjdzie na ląd. Kapitan mający w sobie coś z pedagoga, robił nam ciekawe pogawędki o danym alarmie, przywołując różne przykłady i wyjaśniając, dlaczego wiedza o tym, jak się zachować jest tak istotna. Tym razem pogadanka była między innymi o gaśnicach. Kapitan nie pogawędził jednak zbyt długo na ten temat, bo znienacka wkroczył Sierżant i pozbawiwszy Kapitana głosu, przygwoździł go do muru swoją wiedzą z zakresu chemii i instalacji elektrycznych, których stan na statku skrzętnie sprawdził i został nim porażony. Kapitan dyplomatycznie zarządził odbycie dalszej części szkolenia z gaśnic w ramach poszczególnych wacht, skazując wprawdzie naszą wachtę na wywody Sierżanta, ale zarazem uwalniając od niego pozostałych. Ja i Jurek postanowiliśmy się ulotnić po angielsku, zaszyć w kubryku i zająć przyjemniejszymi rzeczami, na przykład przeglądaniem zdjęć. Niebawem usłyszeliśmy jednak nadciągającą grupę Poszukiwaczy Gaśnic z rozentuzjazmowanym Sierżantem na czele i musieliśmy schować się w jednej z pobliskich kajut próbując niezauważenie przeczekać atak, choć robiło się już gorąco. Sierżant znajdował się bowiem, w odległości jednego metra od nas i tylko jakimś cudem nas nie dostrzegł. Nie chcę nawet myśleć jakbyśmy się nasłuchali, o tym, jak lekceważymy wiedzę z zakresu Bezpieczeństwa.  Dostrzegł nas jednak Olek i wyczerpany wykładem o gaśnicach nie wahając się ani chwili, dołączył do naszej separatystycznej podgrupy. Olek streścił nam pokrótce to, czego się dowiedział i w sumie możemy uznać, że szkolenie mamy zaliczone, co z tego, że z drugiej ręki.
Mianowicie istnieją gaśnice A, gaśnice B, gaśnice C, gaśnice AB, gaśnice BC, oraz gaśnice AC. Na pytanie jednego z przytomnych kursantów, do czego jakiej gaśnicy się używa, Sierżant, po krótkim zastanowieniu odpowiedział, że to trzeba jeszcze przeczytać w instrukcji. Następnie szkolenie polegało na poszukiwaniu wymaganych na statku rodzajów gaśnic i okazało się, że gaśnicy C nigdzie nijak nie można zlokalizować. Oburzony Sierżant już zaczynał dyktować pisemny protest do armatora, kiedy uff, gaśnica się znalazła i świat na nowo przybrał pastelowe barwy i powrócił do bezpiecznego kształtu. Przewidzieć można było zwłaszcza to, że w razie pożaru instalacji elektrycznych, z kompletem gaśnic, przeżyjemy. Hura!
Tymczasem zrobiła się piękna, choć wietrzna pogoda. Sunęliśmy z półwiatrem w żaglach, mocnym przechyłem i kołysząc się na rozbryzgujących się falach. Każdy wie, że najfajniej doświadczyć owego kołysania na bukszprycie, które jest drugim najfajniejszym po bombramrei miejscem na statku. Z bukszprytu, widać jak na dłoni cały żaglowiec en face.
Potem znów odbyły się manewry żaglowe na rejach fokmasztu. Nie pamiętam dokładnie, jakie, bo to, co odcisnęło mi się w pamięci i co przesłoniło wszystko inne, to Hip Hop Bombramowy w wykonaniu nieustraszonego Krzycha Wygina Śmiało Ciało. Jak  pamiętamy słynie on z tego, że za punkt honoru bierze sobie wykonanie, choć jednego fikołka na bombramrei, a co najmniej dwóch na bramsrei. Na jeszcze niższe reje nawet nie wchodzi, o ile nie wykona całego układu tanecznego z momentem kulminacyjnym w postaci ustawienia się na rękach, do podśpiewywanego sobie pod nosem utworu  „Wyginam śmiało ciało i jeszcze mi mało”. Ponoć Krzychu rozważa udoskonalenie swojego rejowego programu artystycznego o elementy rodem z Księgi Dżungli i wykorzystując technikę Tarzana, w wolnych chwilach ćwiczy skoki z prawej strony rei na lewą i z powrotem, do muzyki z Mission Impossible.
Manewry żaglowe posiadają podwójną perspektywę: górną i dolną. Górną dostrzegają ci, co wchodzą na maszt. Dolna zaś zakłada wkroczenie w tajemniczy świat Lin Pokładowych. Świat ten występuje w postaci różnokolorowych sznurów, o groźnie brzmiących nazwach, połączonych w kłęby, węzły, buchty, supły, tu swobodnie wiszące, tam dumnie naprężone, gdzieś bezwładnie leżące, a gdzieś indziej jeszcze pieczołowicie powiązane i cierpliwie czekające na swoje pięć minut. Każda ma dwie twarze. Raz jest groźna i przybiera minę napiętą, raz uśmiechnięta i wtedy staje się wyluzowana. Inne nastroje nie leżą w jej naturze. Żyje w ścisłej symbiozie z żaglem, jest jego przyjaciółką i władczynią zarazem. Jest dumna z wpływu, jaki ma na cały statek i kurs, jaki on obiera.
Człowiek biorący udział w manewrach żaglowych z perspektywy masztu wspina się po wantach. Ten zaś, który uczestniczy w nich z perspektywy pokładu, biegnie do danej liny, a następnie ciągnie ją lub luzuje.
Niestety, gdy ów człowiek jest kobietą, to choćby i zaklepał sobie wcześniej daną linę i ustawił się przy niej czekając na rozkaz Bosmana, za dużo sobie nie pociągnie, bo jak tylko rozkaz padnie, natychmiast spod ziemi wyrasta dwóch dryblasów, przejmuje linę i wrzeszczy: „i raz, i dwa”. W rozgardiaszu i pośpiechu manewrów owa zdradziecko usunięta ze stanowiska niewiasta nie może nawet pisnąć. Nie ma przecież szans z panującą naokoło mentalnością, że oprócz sprzątania i gotowania kobieta nadaje się co najwyżej do luzowania lin.  I nikogo nie interesuje, że Józek Hodowca stwierdził, że mam widoczne bicepsy.
O żesz Ty. Dziś znów do odbycia Psiara. Znając cechy charakterystyczne stylu krakowskiego, wiadomo z góry, że przez pięć minut człowiek oka nie zmruży, chyba, że nielegalnie stojąc na oku. Miałam okazję sprawdzić doświadczalnie, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, bo z własnej woli zgłosiłam się dziś na lewe oko sterbury, myśląc, że jak odbębnię oko na początku, to potem odpocznę jako Nimfa Sterowa albo asystent nawigacyjny. Nic bardziej mylnego. Stałam na tym czy innym oku przez większość wachty. Raz na lewym, raz na prawym i znów na lewym mając wprawdzie do towarzystwa Jurka, ale w postaci niepełnowartościowej ze względu na to, że mierzył się z wielkim Come Back choroby morskiej i ledwie żył.
 
29 września
 
Postanowiłam zbuntować się i nie wstając nawet na śniadanie spać do południa. Zostałam jednak brutalnie obudzona i wezwana na apel, punkt ósma. Zataczając się w półśnie, z błędnym wzrokiem dotarłam na górę, gdy wszyscy już czekali. Nic nie pamiętam ani z apelu ani z całego poranka.
Zdążyłam dojść do siebie na czas rozpoczęcia wachty nawigacyjnej. Podczas niej, przepływaliśmy obok wyspy Porto Santo, co zwiastowało zbliżanie się do mety regat. Dziwnym zbiegiem okoliczności, ja, która nienawidzę sterować i stałam za sterem tylko przez dziesięć minut zastępując Daniela, który musiał skoczyć pod pokład i zanotować kolejny fantastyczny pomysł na zdjęcie, byłam WŁAŚNIE TĄ, która przekroczyła linię mety za sterem Pogorii. Ha!
Faktem jest, że tupałam przy tym z niecierpliwości, kiedy to Daniel mnie zluzuje, bo chodziły słuchy, że będziemy klarować wszystkie żagle i wolałam kręcić się w pobliżu fokmasztu. Kręciło się tam w gotowości i pełnym rynsztunku bojowym więcej osób. Między innymi Hodowca Kurczaków, który zaczął mi opowiadać, jak to wczoraj oglądał delfiny z wysokości bombramrei i musiałam mu życzliwie przypomnieć, że tak się składa, że stałam podczas tego wydarzenia metr od niego. Gdzieś słyszałam, że hodowcy kurczaków cierpią na jakąś chorobę zawodową w postaci amnezji wstecznej.
W ciągu dnia, dzięki cennej obecności Srogiego Jerzego, miałam okazję wyplenić z mojej mowy, wszelkie chwasty w postaci niepoprawnie formułowanych czasowników. Ujmując to w sposób najpoprawniejszy z poprawnych: WYPEŁŁAM wszelkie chwasty.  Czujny Jerzy z miejsca podnosił larum, gdy tylko jego wrażliwe ucho wychwyciło jakiś niedopuszczalny twór w postaci: „pogłoś radio”, czy też „zmieliłam kawę”. Próbowałam się z nim wykłócać, ale nie! Srogi Jerzy – ostatni wyznawca czystości językowej na Litwie był nieugięty. Nie pomogło mi nawet zwrócenie się o mediację cioci Ewy – polonistki i autorytetu w tej dziedzinie. Przyznała we wszystkim rację Jurkowi. Ja to jeszcze nic. Prawdziwą furię budził w Jurku Wujek Andrzej, którego język naszpikowany był regionalizmami krakowskimi, tak, że jeden wystawał spod drugiego. Jurek pełł i pełł a i tak wszystkich nie wykorzenił.
No i opłacało się tuptać pod wantami w oczekiwaniu na potencjalny rozkaz  klarowania żagli. Gdy padł, trzeba było sklarować wszystko jak leci, od samego bombramsla. W drodze powrotnej z niego, zatrzymałam się na krótki odpoczynek na drugiej platformie, bo moje bicepsy, w które nikt nie wierzył oprócz Józka, nie zaznawszy w trakcie tego rejsu porządnej dawki wchodzenia na maszty, szybko się wyczerpały i wymagały chwilowego wytchnienia. Nie śpieszyło mi się też na lewe oko dziobowe. W pewnej chwili ja patrzę, a tu z drugiej strony want złazi sam Józek Hodowca we własnej osobie. Na szczęście nie opowiadał mi już o wczorajszych delfinach, co nie znaczy wcale, że pomilczał. Uznawszy we mnie potencjalnego wysłuchiwacza swoich opowieści nie z tej ziemi, które co jakiś czas musi z siebie wypuścić (musi, bo się udusi), rozpruł worek i spadła na mnie lawina. Gdzież to on nie był i czego nie przeżył!:na biegunie północnym i na południowym, o mało, co nie zginął w lasach amazonki, o mało co nie utonął w rzece Huang-He, na Borneo był zakładnikiem Łowców Głów, na Ziemi Ognistej spłonęły mu włosy, gdy zjeżdżał na rowerze sto na godzinę z Mont Blanc zaczepił o gałąź i rozdarł kurtkę. W pewnym momencie wybawił mnie Wujek Andrzej żądając ode mnie stanowczo, abym się stawiła na wachcie.
W dniu dzisiejszym nastąpił ostateczny rozłam w wachcie. Rysował się już od dawna, ale dziś pękł na dobre. Zaczęło się od Olka. Zanim zdążył się otrząsnąć po wykładach o Dyscyplinie udzielanych przez Sierżanta, zaraz natknął się na władcze zapędy Patrycji, potem zaś obił o jakieś polecenie od Wujka Andrzeja. Wtedy to lekko się zmieszał i zamyślił nad tym, gdzie właściwie znajduje się ośrodek władzy w naszej wachcie. Myślał i myślał aż w końcu zaczął myśleć na głos, a ja go podsłuchałam. Pokonując wiele przeszkód, zabrnąwszy nieraz w ślepą uliczkę interpretacji, Olek doszedł do wniosku, że w naszej wachcie władza ma cztery głowy. Teoretycznie i oficjalnie dzierży ją Wujek Andrzej. W istocie jednak sprawuje ją cała Rodzina Adamsów – pełniąca rolę szlachty, tudzież magnaterii, my natomiast stanowimy warstwę niższą. Olek sięgnął w swojej szeroko zakrojonej analizie do przykładów z historii Europy i wskazał na niezwykłe zjawisko rozmnażania się warstwy szlacheckiej w miarę upływu czasu. Dostrzeżmy, bowiem fakt, że we Francji od zawsze, warstwa owa stanowiła 2% ludności, w Polsce przed-zaborowej już 20%, a w naszej wachcie osiągnęła zatrważający wynik 50%! Wieść o odkryciu Olka szybko się rozprzestrzeniła i zawiązaliśmy wśród członków uciskanej warstwy niższej Tajny Pakt Przyjaźni. Olek należał do niego jedną nogą, ale bardziej jednak przylgnął do Kurczaków zamieniając się miejscami z Józkiem Hodowcą, który to przylgnął bardziej do nas.
Zawiązany pakt został przypieczętowany podczas gry w kości w oszukańca, którego zainicjowałam pożyczywszy kości od Cooka. Kilka prawd ujrzało podczas tej gry światło dzienne. Na przykład to, że na pozór spokojny Jurek, który wpada w szał jedynie, gdy ktoś powie: wypieliłem grządkę, zamiast wypełłem grządkę, okazał się największym ściemniaczem spośród tych, z którymi kiedykolwiek grałam w kości. Daniel zaś zderzył się z granicami własnego pojmowania i do końca gry nie był w stanie pojąć jej zasad, choć próbowaliśmy mu je wytłumaczyć 26 razy, w tym ja 5, Jurek  3, a Aga, która wykazała się największą cierpliwością tłumaczyła mu 18 razy. Miał jednak szczęście, bo siedział w bezpiecznym miejscu, nie koło tego rekina Jerzego. Graliśmy o butelkę wina i kto przegrał z kretesem? Ja, która, do stu tysięcy beczek skisłej kapusty, nigdy nie przegrywam w kości.
 
To właśnie dziś koło się zatoczyło i zaczynając od psiej wachty, poprzez tą od dwunastej do szesnastej rozpoczęliśmy drugą serię wacht. Wypada więc, że od szesnastej dziś do szesnastej jutro zaszywamy się od nowa w kambuzie. Przez to zaszycie się, nie mieliśmy okazji zobaczyć na własne oczy przepływającego tuż obok Pogorii statku flagowego sułtana Omanu, Shabab Omana, w skrócie po prostu Kebaba. A było rzekomo, na co patrzeć. Kebaby zaopatrzone w instrumenty muzyczne i poczucie rytmu, odtańczyły układ powitalny zakończony okrzykiem: P-o-g-o-r-i-a. Trochę żałuję, że nie widziałam, ale jeszcze się napatrzę, bo okaże się, że w porcie Funchal będziemy do nich cumować i to oni będą nas łączyć z resztą świata.
Chodziły słuchy, że czeka nas postój na suelu, bo port w Funchal będzie gotowy do przyjęcia żaglowców biorących udział w regatach dopiero we środę.  Nikt się nie spodziewał, że dopłyniemy w tak szybkim tempie ośmiu węzłów. Już szykowałam się na zjedzenie ostatniej kolacji, a tu okazało się, że jednak wpływamy do portu dziś. W przerwie pomiędzy rozstawianiem talerzy, a mieszaniem leczo, skoczyłam jeszcze posiedzieć na bukszprycie, a właściwie nasiedzieć się i nabujać na zapas, korzystając z tego, że to już ostatnie chwile na morzu.
Przycumowanie do Shababa Omanu zajęło nam trochę czasu, bo musieliśmy bezpiecznie odgrodzić burty odbijaczami oraz przebrasować reje, aby się nie stykały z rejami Shababa. Po ostatnim pobycie w Tunezji miałam mieszane uczucia, co do perspektywy przemieszczania się codziennie przez statek pełen Arabów i słuchania tysiąca i jednej zaczepki. I tu się zaskoczyłam. Pierwszy poznał się na Omańczykach Daniel, który podczas naszej wachty trapowej nawiązał Kontakt 3 stopnia. Na efekt nie było trzeba czekać. Zaraz zostaliśmy poczęstowani kawą z kardamonem, daktylami i paterą owoców. Omańczycy okazali się przede wszystkim niezwykle gościnni.
Tego dnia, jako zarobiona wachta kambuzowa szybko padliśmy z nóg. Reszta załogi natomiast wygłodniała świata lądowego, rozpoczęła Wielkie Przygotowania do wyruszenia w miasto. Szczególny rozmach osiągnęły one w części dziobowej zamieszkałej przez dziewczyny. Okupacja łazienek, zwłaszcza tych z lustrami trwała bez końca. Wokół przewalały się miejskie ciuchy, buty na obcasach, perfumy, lakiery do paznokci, lakiery do włosów i tak dalej i tak dalej. Z osłupieniem obserwowałyśmy z Agą ów miszmasz zapachów i kolorów, jaki długo po wyjściu całej ferajny roztaczał się w sypialni dziobowej. Przeszukałyśmy w pamięci czeluście naszych plecaków i nie znalazłyśmy nic, co by mogło się równać z tą zapowiadającą się rewią mody. Na Chopinie to było życie. Chodziło się w kółko w bojówkach.
Zabrałam się za czytanie pożyczonego przewodnika po wyspie. Przyłapał mnie na tym Józek Hodowca, który w swoim bujnym zestawie przygód ekstremalnych z końca świata nie miał jeszcze żadnej z Madery. Nie chciało mu się jednak czytać, więc zlecił mi przygotowanie planu zwiedzania, zaklepał sobie miejsce w aucie, które mamy zamiar wypożyczyć i odszedł na ląd.
Czytałam ten przewodnik i czytałam, ale literki mi się zamazywały ze zmęczenia i nawet chwilowe wsparcie w czytaniu ze strony Agi, Daniela i Jurka, którzy właśnie wrócili z krótkiej przebieżki po porcie, nie na długo pomogło. Po kolei wykruszyliśmy się do swoich koi.
 
30 września
 
Od rana to samo krakowskie zarządzanie zasobami ludzkimi, co zwykle. Wszyscy bez wyjątku pobudka o 6:30, Ba-a-baczność!. W sumie była to niezła noc, bo, po pierwsze bez fali, efektu przesuwania się w koi i ciągłego budzenia się, a po drugie, bo trwała całe 8 godzin. Pomimo tego i tak słaniałam się na nogach i aby się wyspać  musiałabym przespać do wieczora. Przy tak licznej ekipie, uwinęliśmy się z szykowaniem śniadania w osiemnaście minut, a potem przez kolejne dwadzieścia osiem przysypialiśmy nad stołami.
Śniadanie przez megafon zapowiadał Daniel. Zazwyczaj ludzie starali się zachęcić załogę do przyjścia do mesy w miły sposób. Mówili na przykład: „zapraszamy na pyszne śniadanko” lub też wymyślali jakieś rymy częstochowskie. Zaproszenie w wykonaniu Daniela polegało na jednym dobitnym słowie wypowiedzianym grobowym głosem: „ŚNIADANIE”! po, czym nastąpiła martwa cisza. Ludzie jednak i tak przyszli.
 
Portowa fotka z bombramrei z widokiem na pokład i documowaną do nas Gedanię
 
Ależ była awantura w związku z wieszaniem flagi. Świat żeglarskiego savoir-vivru okazał się podstępny i pełen zasadzek. Staliśmy sobie jak zwykle na apelu wyczekując jego zakończenia i starając przysypiać w jak najmniej rzucający się w oczy sposób. Jedni lustrowali niebo i kalkulowali, czy opłaca się wynajmować auto, inni myśleli o niebieskich migdałach, Jurek obliczał 895 razy 21, Sierżant powtarzał w pamięci plan ewakuacyjny na wypadek pożaru, Ciocia Ewa odsuwała czarne wspomnienia choroby morskiej, Krzychu Wygina Śmiało Ciało obserwował reje i układał w głowie salto mortale, Sianko planowałą garderobę na dziś wieczór, ChickenAnn na skutek wczorajszego wieczoru na wszelki wypadek trzymała się poręczy, dwa Kurczaki się nudziły, a dwa spiskowały jak tu się wymknąć cichaczem po 22:00, a Daniel chwiał się przy maszcie i nienawidził tego, który wyznaczył go do podnoszenia flagi. Ogólnie spokój i nic nie zapowiadało nadciągającej burzy.
Następnie padło hasło, wszyscy teoretycznie stanęli na baczność, a praktycznie ruszyli nieznacznie jedną nogą, Daniel podniósł flagę, flaga sięgnęła szczytu i rozpostarła się dumnie na wietrze. Wszyscy teoretycznie stanęli spocznij, a praktycznie nieznacznie ruszyli jedną nogą. Na mównicę przy sterze wkroczył  Kapitan. No i mina wybuchła.
Od słowa do słowa trzecia wojna światowa.  Zjebka stulecia. Ale co? Jak? Gdzie? Brutalnie wyrwana z głębokiego zamyślenia kompletnie nie rozumiałam, o co chodzi. Pomyślałam, że Kapitan wstał lewą nogą, ale zanim znów zatonęłam w myślach, głos zabrał Bosman i Zjebka się rozprzestrzeniła na dobre. Dowiedzieliśmy się, że jak już podstawowych zasad się nie respektuje, to znaczy, że  schodzimy na psy, że dawniej żeglarstwo coś znaczyło, że cisza nocna, że tupanie, że, że, że, że, że. Lista żali do załogi rozciągnęła się jak gąsiennica.
Ponieważ nic nie zrozumiałam z tych wywodów, postanowiłam po apelu zdobyć się na bohaterstwo i zadać pytanie samemu Bosmanowi w czasie, gdy pił swoją poranną kawę. Okazało się, że wśród żaglowców stojących w porcie panuje ścisła hierarchia ważności. Pierwszeństwo podnoszenia bandery mają okręty wojskowe i to one wyznaczają, kiedy tak naprawdę wybija godzina 8:00, choćby w rzeczywistości była już 8:03. Dają sygnał przy pomocy świstu w gwizdek, po którym biją pierwszą szklankę. W naszym przypadku rolę mistrza ceremonii pełnił nasz sąsiad Kebab jako okręt wojenny sułtana Omanu. Ponieważ jednak się nieco opóźnił, olaliśmy go i podnieśliśmy banderę sami, patrząc po prostu na zegarek. Okazało się to zachowaniem skandalicznym i niegodnym porządnego statku. I o to właśnie było to całe poranne aj waj. Oczywiście gdyby Captain Andrew lub Bosman zadali sobie trud i wyjaśnili nam meandry portowego savoir vivru przed faktem, a nie po fakcie, oszczędziłoby im to nieco nerwów, a nam zagwarantowało spokojny poranek bez wrzasków.
W czasie porannej służby w kambuzie i na trapie, Daniel nie próżnował. Nikt i nic nie mogło go odwieźć od planu wtargnięcia na teren sąsiadów Kebabów i upolowania koszulki z wizerunkiem sułtana, którą sobie upatrzył wczoraj i o której śnił całą noc. Zaczął niewinnie, od kurtuazyjnych standardów: how are you, beautiful day, I dalej: how is Sultan doing, I would like to go to Oman, aby ostatecznie przejść do właściwego ataku: „WHY DON’T YOU GIVE ME YOUR SHIRT AS A GIFT?”. Gdyby wyznaczony na dawcę koszulki Kebab stawiał opór, Daniel miał przygotowany plan B. Zakładał on oparcie transakcji na handlu wymiennym: ja w zamian za koszulkę. Tymczasem powiodło się za pierwszym podejściem i powrócił z negocjacji handlowych z łupami w postaci koszulki omańskiej marynarki wojennej. Na dokładkę został obdarowany przewodnikiem po Omanie (niechcący w języku hiszpańskim).  Od tej pory stał się naszym attache na Shababie. Załatwiał nam kawę z kardamonem, daktyle, gitarzystę, zaproszenia na Kebabskie śniadanie i tym podobne sprawy.
W dniu dzisiejszym, z okazji zakotwiczenia na dobre w porcie, każdy przełączył się na tryb portowy również w stosunku do obowiązków, co spowodowało, że zupełnie nikt nie palił się do sprzątania. Wlokło się ono i ciągnęło. Sama się obijałam ile się da, ale za to głośno krzycząc, że najbardziej obija się jak zwykle Daniel. Wtedy to w Daniela wstąpił tytan pracy i on z kolei zaczął wrzeszczeć, że da wszystkim dobry przykład i poodkurza. Doradziłam mu że lepsze wrażenie wywarłby myjąc toalety, ale nic już do niego nie docierało. Nadciągał z odkurzaczem niczym spychacz, a porozstawiane wszędzie buty zaczęły fruwać w powietrzu. Technika „aby szybciej” nie przewidywała cierpliwego przesuwania ich z miejsca w miejsce. Taki stojący na przeszkodzie but dostawał rurą od odkurzacza po plecach albo nogą z kopa. Skutkiem ubocznym Danielowego super-sprzątania było to, że nikt nie mógł potem znaleźć buta do pary.
Uporawszy się z obowiązkami kambuzowymi, warstwa niższa naszej wachty, wybrała się na miasto. Najbardziej zaskoczyły nas dwie rzeczy. Po pierwsze, plaże o czarnym piasku. PO drugie, powszechne zatrzęsienie owoców na straganach, w tym ze dwadzieścia rodzajów marakui, kilkanaście odmian bananów oraz różne skrzyżowania genetyczne, typu ananas-banana, mango, papaje, anony i wiele innych, dla których nie istnieją polskie nazwy.
 
Madera słynie z panującej tu wiecznej wiosny i zwana jest rajskim ogrodem. Wszystkie rośliny tu ciągle kwitną i nie da się przejść ulicy, aby z dziesięć razy nie wymienić sobie kwiatka we włosach, za każdym razie w innym kolorze.
 
Po powrocie na Pogorię okazało się, że trwa tam impreza mieszana. Nasi sąsiedzi Kebaby wtargnęli na nasz pokład ze swoimi instrumentami muzycznymi oraz poczuciem rytmu i rozkręcili coś na kształt folkdyskoteki. Nie długo to potrwało, bo spod pokładu zaczęły dobiegać wściekłe ryki Bosmana, który w ten sposób oznajmiał, że życzy sobie ciszy i czym prędzej cała ferajna przeniosła się na dziób Kebaba. Naszemu kebabskiemu attaché Danielowi nie wiele było trzeba, aby iść w tany do kebabskich rytmów i praktycznie nie dało się go ściągnąć z parkietu. Musiała dopiero nastąpić interwencja kebabskiego generała, który w pewnym momencie wkroczył do akcji i rozkazał zakończyć imprezę.
 
31 września
 
Porannym hasłem przewodnim zarządzonym przez Daniela było „szybko”. Mieliśmy stawić się gotowi do wyjścia na apel, punkt 8:00. Szybko się jednak nie dało. Człowiek musiał swoje odstać w kolejce do prysznica, obserwując gorączkowe przygotowania do wyjścia w miasto uskuteczniane w naszej babskiej części dziobowej. Dziewczyny zaczęły nakładać makijaż, układać włosy, przymierzać różne kombinacje garderoby, więc potrzebowały luster, a lustra były gdzie? Dokładnie tam gdzie prysznice. Drogę pod prysznic człowiek urozmaicał sobie również potykaniem się o różnokolorowe buty na obcasach.
Ostatecznie uzgodniliśmy, że Ci, co są gotowi do wyjścia i tupią z niecierpliwości pójdą wypożyczyć auto, a pozostali poczekają na statku i spokojnie się wyszykują. Do pierwszej podgrupy zaliczali się Daniel, Jurek i Aga, a do drugiej ja. Była jeszcze tak zwana podgrupa wirtualna, do której należał Józek Hodowca Kurczaków, czyli taka, która nie określiła się na sto procent czy jedzie z nami. Ostatecznie i tak okazało się, że auto jest dostępne dopiero od południa i wcale nie było potrzeby się tak śpieszyć.
Wyruszyliśmy w samo południe, w składzie my plus Hodowca, który ciężko okupił swój udział w wyprawie. Deal był, bowiem taki, że opuści trwającą właśnie wachtę kambuzową, a w zamian odbębni w całości psiarę. 
Samochód czekał na nas na parkingu w marinie. Było to auto wyczynowe. Wyczyniało cuda, aby podjechać pod wspinające się nierzadko pod kątem 45 stopni maderskie drogi. Było też zawzięte - na jedynce, z zaciśniętymi zębami wciągało pod górę siebie i zawartość pięciu osób. Oraz cierpliwe – znosiło za kierownicą każdego włącznie z niedzielnymi kierowcami usiłującymi spalić mu sprzęgło.
Na początku prowadziła Aga, bo oficjalnie to ona załatwiała sprawy w wypożyczalni. Szybko się jednak zbuntowała słysząc sprzeczne sygnały i wykluczające się instrukcje wskazujące, w którą stronę ma jechać. Gwaru było, co niemiara. Z przodu zasiadł Jurek, ale Daniel miał o to pretensję, bo twierdził, że powinien tam usiąść pilot. Sam chciał być pilotem, ale nie chciał się do tego przyznać, tylko przydzielił pilotaż Hodowcy, który miał najgorsze miejsce, bo siedział w środku z tyłu i się śmiał. Równocześnie zajmował również najwięcej miejsca i Daniel nie mógł porządnie rozłożyć mapy, kazał ją więc rozłożyć Jurkowi. Jurek ją owszem rozłożył, ale nie chciało mu się na nią patrzeć, bo właśnie liczył 857 razy 56. Tym sposobem jeździliśmy w kółko i nadrabialiśmy kilometry. Jedno z rond objeździliśmy trzy razy dookoła zanim padła stanowcza propozycja, którym zjazdem się udać, która to propozycja okazała się i tak błędna, w związku z czym zamiast w głąb wyspy pojechaliśmy w stronę lotniska, czyli dokładnie w przeciwną. W końcu Aga się wnerwiła, powiedziała DOŚĆ i zatrzymała się na poboczu.
Wtedy nastąpiła roszada miejscowa i za kierownicą zasiadł Hodowca, na miejscu pilota Daniel, a Jurek z tyłu pomiędzy mną i Agą, co sprawiło mu widoczną przyjemność podróżowania tak jakby w haremie. Z tego powodu zawiesił nawet obliczenia matematyczne.
Gdy Hodowca ruszył przeistoczył się w……Dżigida.
Aby zrozumieć kim jest Dżigid, należałoby tu wstawić mp3 z nagraniem kawału, który świetnie opowiada Daniel, ale cóż.. musi wystarczyć moje skromne streszczenie.  A więc jedzie sobie facet taksówką, patrzy, że zapala się czerwone światło na skrzyżowaniu, a taksówkarz bez mrugnięcia ciach noga na gaz i jedzie. Facet lekko się zdziwił, ale pomyślał, że pomyłka czy coś. Na następnym skrzyżowaniu, znów czerwone i znów taksówkarz noga na gaz i jedzie. Roztrzęsiony facet myśli, że jedzie z wariatem więc pyta CO? JAK? Dlaczego? Taksówkarz na to mówi od niechcenia: PANIE JA JESTEM DŻIGID. Jadą dalej i historia się powtarza, a na każdą próbę protestu taksówkarz odpowiada niezmiennie: PANIE JA JESTEM DŻIGID. W pewnym momencie wjeżdżają na skrzyżowanie gdy zapala się zielone światło i taksówkarz nagle ciach, daje po hamulcach i stają z piskiem opon. Zzieleniały pasażer pyta: Co Jak Dlaczego, a taksówkarz na to: PANIE A JAK BĘDZIE INNY DŻIGID JECHAŁ??
W każdym razie Józek vel Dżigid ruszył,  a nas wmurowało w fotele. Od tej pory nasze ciała przemierzały drogę w stylu rajdowym gibając się ruchem bezwładnym to w przód, to w tył, to w prawo, to w lewo.  Hodowca ponoć przeczytał kiedyś podręcznik jazdy wyczynowej i wreszcie mógł przećwiczyć go w praktyce.
Tutaj należy oddać z jeden paragraf owym upiornie krętym, raz wspinającym się, raz opadającym drogom na wyspie. Gdy się patrzy na mapę przypominają one odczyt encefalografu porządnie zdenerwowanego człowieka. Gdyby wyprostować zygzak w jaki się układają, okazałoby się pewnie, że w linii prostej są z osiemnaście razy dłuższe. Na dokładkę biegną one na różnych wysokościach, pną się w górę, wiszą nad przepaściami, przepychają przez lasy. Właściwie w każdym momencie czyha na człowieka niebezpieczeństwo, dlatego też większość tubylców jeździ bardzo ostrożnie. Nierozsądne byłoby jednak wykluczyć potencjalną obecność jakiegoś Dżigida, a mając jednego za własną kierownicą, było w naszym głębokim interesie wypatrywanie oczu, czy aby skądś nie nadjeżdża kursem kolizyjnym jakiś inny. Droga upływała nam na oglądaniu widoków oraz czujnym wypatrywaniu nadjeżdżających Dżigidów.
Mieliśmy ambitny plan, aby przejść fragment trasy górskiej z Pico do Areeiro na Pico Ruino (1862m.npm). Porzućcie jednak wszelkie plany ci, którzy jedziecie na Maderę.
Można sobie być przyzwyczajonym do zmian pogody mieszkańcem strefy umiarkowanej, najeżonej frontami atmosferycznymi, ale tutaj człowiek i tak wymięknie, bo liczyć na warunki do pójścia w góry to jak grać w rosyjską ruletkę. Jedną z tajemnic górzystej głębi wyspy jest jej zdolność do kumulowania nad sobą chmur, przez co dominującym rodzajem pogody jest tu deszcz. Wjeżdżając na punkt widokowy w pobliżu Pico de Areeiro, skąd mieliśmy dalej ruszać na nogach, popadaliśmy w coraz gęstszą mgłę i coraz większe rozczarowanie. Gdy osiągnęliśmy pułap, na którym widoczność nie sięgała nawet 2 metrów, zawróciliśmy.
Postanowiliśmy całkiem się nie poddawać i odbyć przynajmniej 40minutowy spacer na Balcoes 860m, który wiedzie wzdłuż lewady, czyli kanału wodnego prowadzącego wodę z górskich wodospadów na poletka uprawne. Spacer polecała nam nasza rodaczka Renata, mieszkanka wyspy, która w czasie regat pełniła rolę łącznika z organizatorami, tzw liason officer, czyli mówiąc z żargonie żeglarskim Łajzy.
Nie mogła ona jednak przewidzieć, że tylko ja będę miała na sobie adidasy, a reszta sandały i że zdradziecka pogoda będzie nas nękała mżawką przez całą drogę na punkt widokowy, zamieniając ścieżkę w błoto. Próbując nie ubłocić się po kostki, doszliśmy na punkt widokowy Balcoes, aby w nagrodę zobaczyć za barierką tyle, co NIC. Z objęć nieprzeniknionej mgły udało nam się wyrwać dopiero, gdy zjechaliśmy z gór. Sceneria była trochę złowroga ze zwisającymi pasmami deszczowych chmur. Namówiłam pozostałych, abyśmy zrobili sobie na pamiątkę ustawiane zdjęcie grupowe z samowyzwalacza. Żeby nie popaść w styl zwany „japońskim turystą na wakacjach za granicą”, ustawiliśmy się w pozie zespołu rokowego. Ręce w kieszeniach, zblazowane miny, lekki garb, niedbała sylwetka. Tak się wszystkim spodobało, że nadaliśmy sobie nazwę: Dżigid Band.
W miarę upływu czasu i zmniejszania się wysokości panorama wyspy robiła się coraz bardziej malownicza i słoneczna. Kanciaste, powulkaniczne wzniesienia oblepione bujną zielenią układały się horyzontalnie w pasy o różnych odcieniach. Wszędzie zatrzęsienie krzewów bananowych, w niektórych miejscach aż po horyzont. Jasne domki poupychane gdzieniegdzie w zakamarkach zieleni, a w ich pobliżu schodkowo uprawiane poletka, za małe i zbyt niedostępne, aby używać na nich jakichkolwiek maszyn rolniczych.
I tak sobie jeździliśmy wzdłuż i wszerz wyspy, tu i tam zatrzymując się na sesje zdjęciowe zespołu. Raz zatrzymaliśmy się nad oceanem i Daniel popadł w szał robienia zdjęć spienionych fal. Nikt się nie kwapił do pozowania na pierwszym planie więc sterroryzował mnie i ustawił na jednym z kamieni z oceanem w tle. Na pierwszy rzut oka odległość od atakujących brzeg bałwanów była bezpieczna. Cierpliwie stałam z nałożonym uśmiechem numer cztery, podczas gdy on ustawiał i ustawiał, pstrykał pionowo i poziomo, chwycił w kadr jednego bałwana, drugiego bałwana, trzeciego, a czwartego megabałwana, akurat tego, który oblał mnie lodowatą wodą od stóp do głów nie uchwycił.
Zatkało mnie z zimna, a niestety na słońce nie było co w najbliższym czasie liczyć. Aga, która nie wiedzieć czemu zawsze podróżuje z prześcieradłem, pożyczyła mi je ratując przez zaziębieniem. Mogłam zrzucić mokre ciuchy i od tej pory paradowałam po wyspie w sukni w stylu starożytnej Grecji.
Czas gonił, a my musieliśmy wrócić na ósmą, o której to zaczynaliśmy wachtę trapową. Musiałam sięgnąć do głębokich pokładów siły perswazji, aby przekonać towarzystwo, że warto wypożyczyć auto na jeszcze jeden dzień. Każdy się podpierał decyzją pozostałych. Jurek twierdził, że pojedzie, jeśli pojedzie Aga,  Aga się ociągała, Daniel upierał się, że bez Jurka nigdzie się nie rusza i tak wkoło Macieja, od Annasza do Kajfasza chodziłam, prosiłam, argumentowałam, ale ostatecznie zwyciężyłam.
Byliśmy znów wolni dopiero po odstaniu swojego przydziału czasowego przy trapie i obronieniu statku przed wtargnięciem armii adoratorów Sianka. Sianko była dziewczyną o anielskich włosach, która, gdzie nie poszła,  przemieszczała się w postaci gąsienicy – ciągnąc za sobą rosnący  w oczach ogon próbujących ją poderwać facetów.
Ruszyliśmy na obchód żaglowców, które w czasie regat były udostępnione do zwiedzania.
Zaczęliśmy z rozmachem od rosyjskiego Sedova (dł. 117, szer 14 m), aby poczuć się jak na żaglowcu dla wielkoludów. Widzieliśmy jak wpływał do portu –pozostałe żaglowce wyglądały przy nim jak stado kurczaków. Wszystko tam było rozmiaru mega: ogromny ster, bukszpryt, a jak się zajrzało do korytarza z kajutami, końca nie było widać. Najbardziej imponujące były jednak maszty o 54 m wysokości, górujące nad całym portem. Potem odwiedziliśmy jeszcze bliźniaka Daru Młodzieży – rosyjski wojskowy okręt szkoleniowy Mir, ten, który zawsze oszukuje w czasie regat i nocami, gdy nikt nie widzi pływa na silniku. W dodatku jest to tajemnica poliszynela, ale nic nie można zrobić, bo regaty opierają się na umowie dżentelmeńskiej, zakładającej a priori uczciwość wszystkich uczestników.
 
Dalej nogi poniosły nas na meksykańskiego Cuauhtemoca –kolorowy żaglowiec z żaglami złożonymi w klar firankowy. Słynie on z setki niskich, ale nadzwyczaj kadetów, którzy wyczyniają salta na rejach. Wnętrze żaglowca wyróżniało się złotym blaskiem wypolerowanych elementów miedzianych, których było tam zatrzęsienie.  Nie mieliśmy już siły wchodzić na Alexandra von Humboldta. Przyjrzeliśmy się tylko z kei jego perfekcyjnie, z niemiecką precyzją sklarowanym zielonym żaglom.
 
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do knajpy naprzeciwko, gdyż Józek oznajmił, że zemdleje, jeśli się nie napije piwa. Nie wiedzieliśmy wtedy, że gdy się go napije, to, co prawda skłonności do mdlenia nie przejawia, ale wykazuje nieopanowany przymus mówienia. Te Tysiąc i Jeden Historii Nie z Tej Ziemi, które usłyszałam parę dni temu na drugiej platformie, to pryszcz w porównaniu z tym, czego nasłuchaliśmy się tego wieczora. Spadały na nas całe lawiny opowieści, stonogi wyczynów, pociągi towarowe dokonań i grad przygód, które patrząc na sprawę z punktu widzenia PR’u powodowały, iż wizerunek Hodowcy tak jakby rozrastał się, pęczniał w oczach, a nasz własny kurczył się stopniowo, kurczył, aż zmieścił się w kuflu i utonął w piwie. Nie pozostało nam nic innego, tylko pochylić głowy i zadumać się w skupieniu nad naszym nudnym, zwyczajnym życiem, w którym tak niewiele się dzieje. Oczywiście, niebawem się ujawni, po zadaniu Józkowi paru wnikliwych pytań, że w tych wszystkich opowieściach, prawda stanowiła 0,005 %, a reszta była nabitą pianą, tak więc niepotrzebnie się kurczyliśmy.
 
1 października
 
To mrzonka, że w wakacje człowiek ma wreszcie okazję się porządnie wyspać. W czasie rejsu rytm snu był regularnie zaburzany, przede wszystkim przez zmienność wacht jak też efekt przesuwania w koi. Na Maderze z kolei, teoretycznie można było spać ile się chce, ale na to znów nie pozwalał  włączony tryb towarzyski.
Kolejny dzień „trasy koncertowej” Dżigid Bandu został przejściowo zawieszony koniecznością odbycia wachty bosmańskiej. Podczas gdy wszyscy leniuchują, stroją się, zwiedzają, byczą na skalnych plażach oraz w sklepach z pamiątkami, posilają owocami morza, on, Bosman, nie próżnuje i jego oko systematycznie skanuje statek i lokalizuje miejsca, gdzie przydadzą się ręce do pracy. W swojej łaskawości wyznaczył nam zadania tuż po apelu i można było szybko się z nimi uporać i być wolnym na resztę dnia. Wszystko jednak szło trochę opornie, bo odkąd nastąpił ostateczny rozłam w naszej wachcie, dyscyplina mocno zelżała a bunt przeciw krakowskiemu zarządzaniu zasobami nasilił się. Szemrząc po cichu myliśmy w cztery osoby kabestany, podczas gdy mogłaby je z powodzeniem umyć jedna.
Zdradziecko postąpił Daniel, który planując zrobienie dziś kolejnych sześciuset zdjęć moim aparatem, potrzebował miejsca na karcie pamięci, więc wysłał mnie pod pokład, abym skopiowała jej zawartość na pendrive’a. Twierdził, że on będzie pracował za mnie i za siebie. Tyle, że i tak nikt nie zauważył, że on pracuje za dwoje i to ja dostałam obsztorc za chowanie się pod pokładem.
 
Rozdawaliśmy autografy na dyniach…
 
Gdy ruszyliśmy wreszcie w trasę, miejsce za kierownicą objął Daniel. Swoim zwyczajem obmyślił taką strategię prowadzenia, żeby się zanadto nie przemęczać. Na przykład znajdował sobie jakąś ciężarówkę, która energicznie przemierzała wiraże i jechał za nią w postaci ogona argumentując, że ciężarówka zagarnia potencjalne Dżigidy.
Najpierw dojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, a była to Camara de Lobos, czyli w wolnym tłumaczeniu gniazdo wilków. Okazała się być raczej gniazdem opuncji, przy czym nie wszyscy wiedzieli, co to są opuncje, a byli i tacy, którzy nie mieli pojęcia, czym grozi ich dotknięcie. Aga przypłaciła tę niewiedzę własną ręką, którą nieopatrznie zanurzyła w leżącym na chodniku owocu. Owoc natychmiast odpłacił się zanurzając się w ręku Agi. Akcja ratunkowa polegała na tym, że otoczyliśmy zaatakowaną dłoń ciasnym szpalerem i stopniowo wyrywaliśmy malusieńkie, ledwie widoczne, ale za to silnie kłujące kolce.
Na początek mieliśmy w planach rundę po tak zwanej estrada antigua, czyli starej drodze widokowej. Wąskiej na szerokość jednego auta, upstrzonej wirażami i wykutej wykutej w skałach tuż nad przepaścią. Przy wjeździe na ową drogę był duży, żółty bilbord informujący w trzech językach o czyhającym niebezpieczeństwie. W wolnym tłumaczeniu był to : porzućcie wszelką nadzieję, ci którzy tu wjeżdżacie. Gdy podjechaliśmy bliżej okazało się, że nadziei na przeżycie porzucać nie musimy, bo stojący tam szlaban, w ogóle nie pozwolił nam na drogę wjechać.
Estrada antigua z ostrzeżeniem o niebezpieczeństwie.
I tak oto, nie pozostało nam nic innego tylko ruszyć w dalszą droge do Porto Moniz słynącego z basenów skalnych. Pogoda temu sprzyjała obrawszy swoje słoneczne oblicze, choć do pełni szczęścia zdecydowanie brakowało upału. Wysiedliśmy z auta i daliśmy się zauroczyć czarowi przepięknej panoramy gniewnie rozbryzganego oceanu, która roztaczała się poniżej miasteczka. Urok Porto Moniz opiera się na kontraście pomiędzy czarnymi jak węgiel skałami wynurzającymi się w poszarpanych kształtach z  błękitnego oceanu spienionego wściekle rozbijającymi  się o nie białymi bałwanami.
Baseny stworzyła sama natura i wymagały jedynie kosmetycznej zmiany aranżacji, żeby nadawać się na miejsko-turystyczną pływalnię z opłatą za wstęp. Podczas, gdy ja się wlokłam z tyłu, Daniel biegł do wejścia w podskokach, bo przecież nie pływał w żadnym zbiorniku wodnym od dwu dni. Daniel odczuwa bowiem nieokiełznaną potrzebę wykąpania się w wodzie niezależnie od jej temperatury, zasolenia, zanieczyszczenia, zaludnienia i innych czynników, które normalnie człowieka odstraszają. Najwidoczniej zaraził swoją pasją pozostałych, którzy hyc wskoczyli do lodowatej wody. We mnie całą chęć do kąpieli skutecznie zakłócały dwie rzeczy: zimny wiatr i brak ręcznika. Co z tego bowiem, że człowiek się przełamie i wskoczy do lodowatej wody, skoro potem żadnych perspektyw poprawy sytuacji nie ma: najpierw człowiek zmarźnie na kość w wodzie, potem zmarźnie na kość wychodząc z wody w stronę pryszniców. Na koniec zamarźnie całkowicie odkrywszy, że woda w prysznicu jest lodowata.  Musząc wysłuchiwać gromady rozbrykanych pływaków, podpływających co chwila i wyzywających mnie od cieniasów, w końcu jednak poszłam się wykąpać. Ciąg dalszy był całkowicie zgodny z wcześniejszymi obawami o zamarzaniu na kość i na samą myśl mam zimne ciarki na plecach.
Po południu pojechaliśmy na zachodni skrawek Madery, czyli zaokrąglony płaskowyż pokryty łąką, który w pewnym momencie  urywa się nad oceanem.
Na dalszą część drogi nastąpiła zmiana za kierownicą z Daniela na niedzielnego kierowcę, czyli mnie. Zmiana długo nie potrwała. Gdy ruszałam, wszyscy się tak się darli, że z przerażenia moje nieskoordynowane ruchy stawały się coraz bardziej nieskoordynowane. Kąt nachylenia drogi w miejscu ruszania sięgał zatrważających 45 stopni i nastąpiło sprzężenie zwrotne pomiędzy działaniem obu nóg. Lewa noga tak się bała, że auto zgaśnie, że nie chciała się odczepić od sprzęgła i nie popuszczała, prawa noga tymczasem dodawała z całym impetem gazu. Na dodatek uszy wychwytujące coraz głośniej wydawane komendy pasażerów, którzy zjedli wszystkie rozumy, nie wiedziały, kogo słuchać i przekazywały sprzeczne sygnały do obu nóg.  Po przejechaniu dwóch metrów i nadpaleniu sprzęgła, poczułam, że wszelka chęć prowadzenia ze mnie wyparowała. Okrzyknięto mnie kilerem auta i zamieniono na Józka.
Gdy docinki ze mną w roli głównej się wreszcie skończyły, zaczęliśmy wypatrywać dzierżawy bananów, na którą planowaliśmy skoczyć od wczoraj. Przy okazji dydaktycznie przytoczę, jako, że tylko na Mazowszu mówi się iść na dzierżawę. Jako, że każdy z nas pochodzi z innego zakątka kraju, każdy szedł na co innego: W Krakowie idzie się na grandę, w Częstochowie na dziorgę, w Koszalinie na  szaber, a w Gdańsku na pachtę. Nie ma to jak zjeść banany zerwane własnoręcznie prosto z krzaka. Wycieczka eksploracyjna pokazała, że banany są zielone i niedojrzałe, ale przyszło nam do głowy, że takie właśnie się zrywa, a dojrzewają potem. Zerwałam kiść i przywiozłam ją do domu. Rzeczywiście dojrzały po paru tygodniach i tylko jeden zgnił. Pycha.

 
Kolejnym punktem na naszej trasie była Calheta z ową jedyną na Maderze plażą ze złotym piaskiem nawiezionym z Afryki. Tutaj właśnie odśpiewaliśmy Danielowi 100 lat na urodziny i wręczyliśmy jajko niespodziankę na prezent.
Wieczór ledwie pamiętam, bo słaniałam się na nogach ze zmęczenia, a na godzinę psiary przy trapie wstałam ćwierć przytomna. Ale taki oto zachód słońca znalazłam na zdjęciach:
 
2 października
 
Nasz attache Daniel załatwił nam dziś audiencję na Shabab Omanie w celu zjedzenia kebabskiego śniadania. Usiedliśmy po turecku na pokładzie, przyszedł jeden z Kebabów z ogromną blaszaną tacą, na której było kilka potraw: kaszka kuskus z czymś, potrawa z fasolki, naleśniki, i inne kupki czegoś, co trudno jakkolwiek nazwać. Jedliśmy palcami, nakładając sobie porcje poszczególnych składników przy pomocy naleśnika.
Plan na dziś, w pierwszym rzucie przewidywał wycieczkę autokarową zorganizowaną dla uczestników regat. Oficerowie, w przypływie tęsknoty za przedszkolem uznali, że utrudnią wzięcie udziału w wycieczce poprzez sprawdzenie najpierw czystości na kojach. Daniel zacierał ręce, że w takim razie ja na pewno się nie załapię, ale nie spodziewał się, że zaaranżować porządek na koi jest dużo łatwiej niż zrobić go naprawdę, he he.
Zapakowaliśmy się do autokaru, który ruszył w stronę Cabo Girao – drugiego największego na świecie, a zarazem dostępnego zwykłemu śmiertelnikowi skalistego klifu, o imponującej wysokości 580 m npm. Bo kto normalny jeździ, na co dzień na Grenlandię żeby się zatopić w morderczej wyprawie na Maujit Qaqarssuasia, który wyrasta prosto z wody na wysokość 1560 m?
Dalsza droga wiodła na Monte – wzgórze górujące nad Funchal, warte odwiedzenia z trzech powodów. 1. Roztacza się z niego super panorama miasta i oceanu 2. znajdują się na nim słynne ogrody. 3. Można z niego zjechać saniami pomimo tego, że tu nigdy nie pada śnieg. Jedzie się po bazaltowym bruku zwykłych uliczek, będąc asekurowanym przez dwóch woźniców, którzy sobie tylko znanym sposobem potrafią sterować saniami używając własnych butów, jako hamulców.  Teraz jest to atrakcja turystyczna w cenie 25 euro za przejażdżkę, ale gdzieś wyczytałam, że w dziewiętnastym wieku był to tradycyjny środek lokomocji, sanie zjeżdżały w dół siłą rozpędu, a pod górę ciągnęły je woły.
Gdy dotarliśmy na Monte wycieczka zaskoczyła nas tym, że się skończyła a autokar odjechał. Opcji zejścia z Monte było kilka: opcja najszybsza autobusem, opcja najwyższa kolejką linową, opcja najbardziej odlotowa saniami po asfalcie. My wybraliśmy opcję normal, czyli zejście pieszo.
Marsz w dół po bruku krętych uliczek, oblepionych gęsto kwitnącymi drzewami, upływał wśród nagabywań taksówkarzy, którzy oferowali nam rozdęte ceny za podwiezienie do miasta, które notabene było prawie na wyciągnięcie ręki. Musielibyśmy być niespełna rozumu, aby dać się złupić wiedząc, że przy tamtejszym nachyleniu drogi taki taksówkarz nie musiałby nawet włączać silnika. Wystarczyło, żeby stoczył auto na luzie i skasował czysty zysk.
Zjazd na saniach z góry Monte to taka namiastka zimy na Maderze, na której przecież panuje wieczna wiosna.
 
O 17:00 rozpoczynała się parada załóg, która odbywała się uliczkami Funchal w szpalerze miejscowych mieszkańców, stanowiących uśmiechniętych gapiów. Obowiązkowo trzeba było przyodziać koszulkę propagandową z napisem Pogoria. Byliśmy dość niezdyscyplinowaną, wyluzowaną załogą, zwłaszcza w kontraście z marynarzami z Sedova, maszerującymi równym krokiem tuż za nami. Plan artystyczny był przygotowany naprędce, a właściwie improwizowany w trakcie parady. Opierał się na jednym rekwizycie, dwóch hasłach i jednej figurze grupowej. Rekwizyt w postaci tuby dzierżył nasz Olek, który intonował Owsiakowe „tak się bawi tak się bawi Po-go-ria”. Drugie hasło składało się z dwóch rytmicznych części, jedna to okrzyk „Pogoria”, a druga wyklaskanie rytmu ósemka, ćwierćnuta z kropką, cztery ósemki. Figura grupowa sprowadzała się do niesfornej fali. Raz, podczas małego przestoju parady, chcieliśmy zachęcić do fali naszych sąsiadów z tyłu, ale prezentowali bierny opór. Nie pomogły zagrzewające okrzyki: Sedov down, Sedov down (wbrew mogącym się nasunąć innym skojarzeniom mieliśmy na myśli tylko to, aby przykucnęli w pozycji startowej do rozpoczęcia fali).
Podczas parady swoje akrobatyczne talenty roztoczył nie, kto inny tylko Krzychu Wygina Śmiało Ciało, który nie cofnął się przed niczym dla dobra dokumentacji fotograficznej. Człowiek spojrzał w lewo, a tam Krzychu stoi na palcach na koszu na śmieci i strzela fotę z wyciągniętej jak najwyżej się da ręki. Człowiek spojrzał w prawo, a tam Krzychu wystaje zza węgła zwisając z balkonu na pierwszym piętrze, którego trzyma się jedną ręką, podczas gdy drugą strzela kolejną fotę. Człowiek chwilę odpoczął od patrzenia, ale potem znów zerknął, a tu Krzych leży na brzuchu na dachu zaparkowanego samochodu i kadruje zawzięcie. Człowiekowi już się kręci w głowie, ale kusi go, żeby spojrzeć i co widzi? Krzycha, który tam na górze przywarł do rynny, oplatając ją nogami, a w rękach dzierży aparat w gotowości bojowej.
Parada zakończyła się częścią oficjalną na rynku w Funchal, złożoną z różnych przemówień oraz gali wręczenia nagród. Tryumfowały jak zwykle dwa żaglowce. Von Humboldt wygrał regaty płynąc sobie nieśpiesznie na żaglach i wiedząc, że przeliczniki są po jego stronie. A Mir uplasował się zaraz za nim, płynąc sobie nieśpiesznie na silniku, wiedząc, że nikt z obecnych nie będzie tego podkreślał, bo na gali nie mówi się o rzeczach przykrych. Nasi sąsiedzi Kebabowie, dostali w pełni zasłużoną nagrodę przyjaźni za najbardziej sympatyczną i przyjacielską załogę ze wszystkich, od nas natomiast dostali głośną owację. Potem rozeszliśmy się każdy w swoją stronę, a Dżigid Band plus goście w stronę knajpy na piwo.
Trudno wyrazić, co się działo w naszej babskiej części dziobowej, gdy dotarliśmy z powrotem na Pogorię. Kolorowego zgiełku jaki tam panował nie da się opisać. Każdy może sobie wyobrazić sam wiedząc, że za niedługo zaczynała się Crew Party. Najbardziej trendy były miniówy, dekolty i wysokie obcasy, z których porządnie się uśmiałam, gdy po dotarciu na miejsce zlustrowałam parkiet, he, he. Zbudowany był z prostych i swojskich kocich łbów. Adidasy były jedynymi rozsądnymi butami, które gwarantowały tam przeżycie.
Impreza odbywała się na świeżym powietrzu, w czymś, co było rodzajem obszernego podwórza. Było tam zatrzęsienie kadetów, a wśród nich ze stu Meksykanów, zastawione stoły, barek z drinkami, na które mieliśmy kupony, oraz scena, z której na żywo grał zespół, a na zmianę didżej puszczał muzykę.
Daniel ruszył na łowy kulinarne i była to lepsza strategia niż moja polegająca na odkładaniu jedzenia na później, bo później to już nic nie zostało.
Zdecydowanie bezpieczniej było się poruszać po terenie w grupie. Raz wybrałam się w samotną przechadzkę do toalety i w drodze powrotnej zostałam nagle zagarnięta przez kontyngent Meksykanów, którzy twierdzili, że muszą sobie zrobić ze mną zdjęcie, przy czym co drugi miał aparat foto. A przecież ja poszłam na Crew Party ubrana w normalne dżiny, za jedyną ozdobę mając trochę tuszu na rzęsach pożyczonego od Agi i aż strach pomyśleć jak przetrwała tam Sianko w letniej fioletowej sukience miniówce, na obcasach i bez obstawy.
 
3 października
 
Dziś aż nie chciało się wstać wiedząc, że to już koniec i wszyscy wyjeżdżają. Na apelu Andrew ogłosił zakończenie rejsu i przejęcie statku przez innego Kapitana i kolejną załogę, która popłynie na Wyspy Kanaryjskie. Mieliśmy jak najprędzej zwolnić koje i wysprzątać statek. I tutaj jak na złość ten miły obowiązek przypadł nam, bo wg grafiku mieliśmy akurat wachtę. W dodatku byliśmy okrojeni o połowę, bo rodzina Adamsów się ewakuowała już wczoraj. Powoli ludzie się żegnali i wykruszali, a mnie ogarniał smutek i nostalgia.
Oboje  z Danielem mamy zostać do jutra rana na statku przejętym przez obcych ludzi, upchnięci w klasie, bez własnych koi.
Daniel się niczym nie martwił, bo przecież nadal otwarte były sklepy z pamiątkami i miał nadzieję dokupić parę siatek. Szukał towarzystwa, ale nie dałam się namówić. Wolałam wspiąć się na drugą platformę, zanim mi każą oddać szelki i poobserwować z góry zmagania nowej załogi, która już zdążyła dokonać abordażu.
Gdy zadzwonili na obiad, zeszliśmy do mesy pełnej obcych twarzy i zapytaliśmy czy obiad nam jeszcze przysługuje czy nie. Nowa załoga była sympatyczna i pełna energii, ale przypominała grupę przedszkolną i na każde pytanie odpowiadała, że trzeba się zgłosić do oficera. Poszłam do samego kapitana, który rozkazał ogłosić przez megafon, że stara załoga ma wcinać obiad bez skrupułów.
Z grubsza czułam się jak silnik, który ciągnie na oparach benzyny i w którym świecą się wszystkie kontrolki. Coraz bardziej słaniałam się na nogach i najbardziej martwiło mnie to, że nie ma gdzie się zaszyć spać, bo wszystkie koje zajęte są przez nowych. Skanowałam w pamięci miejsca gdzie w tym ulu pełnym przejętych nowych załogantów można by znaleźć ustronne miejsce i zaznać zbawczej drzemki. Przemierzyłam w tym celu korytarze pod pokładem i przechodząc przez mesę stałam się świadkiem niezwykłej scenki rodzajowej, która mnie trochę rozerwała. W scence główne role odgrywali krnąbrny chłopak i Cook Maciek. Usiadłam przy stole, żeby mieć lepszy widok. Z przebiegu spraw dowiedziałam się, że krnąbrny chłopak został zawezwany a właściwie zawrócony przez Maćka, z toczącego się na pokładzie szkolenia z omasztowania, z powodu niedopatrzenia w poobiednim sprzątaniu kuchni. Maciek zgłaszał reklamację co do czystości podłogi. Przechodząc usłyszałam właśnie owo: „podłoga jest brudna”, na co krnąbrny chłopak odpowiedział tak, że nawet mnie wcięło w podłogę. Z reguły jest tak, że Cook to Pan i Władca kambuza i nikt o zdrowych zmysłach z nim nie zadziera. Jak Cook mówi podłoga jest brudna, to bierze się szmatę i się czyści. Ostatecznie można pożartować, czy podroczyć się z Cookiem, ale twierdzić hardym tonem, że podłoga jest czysta, bo została zmopowana, to już się nie mieści w głowie. Dalej scenka potoczyła się szybko: Maciek mówi: nie, podłoga jest brudna, krnąbrny chłopak mówi: podłoga jest czysta, Maciek mówi: nie, podłoga jest brudna, krnąbrny chłopak mówi: nie, podłoga jest czysta. Na to Maciek zmienia taktykę i mówi: podłoga jest brudna i trzeba ją wyszorować jeszcze raz, wiesz gdzie jest szczotka? Na to krnąbrny chłopak idzie w zaparte i mówi: powtarzam, że moim zdaniem podłoga jest czysta, bo była mopowana. Na to Maciek udaje się do sąsiedniego pomieszczenia zwanego zmywakiem, czy też pentrą, bierze jeden z kubłów z mopem oraz szczotkę i cif, wraca do kuchni i oznajmia krnąbrnemu chłopakowi, że ma wyszorować całą podłogę szczotką i cifem, a dopiero potem wymopować. Na to krnąbrny chłopak prycha, bierze kubeł, wlewa do niego wody, a do wody cifu. Tego to już i ja nie jestem w stanie zdzierżyć i porzuciwszy swoją rolę bezstronnego obserwatora, pytam krnąbrnego chłopaka, czy nigdy nie słyszał o tym, że cifu nie wlewa się do wody, tylko bezpośrednio na powierzchnię czyszczoną? Rozjuszony krnąbrny chłopak odparowuje, że NIE, NIE SŁYSZAŁ i żąda od Maćka demonstracji jak należy szorować podłogę. Maciek zrezygnowany demonstruje na jednym kwadracie cały komplet czynności do wykonania, po czym stwierdza dobitnie, że podłoga ma wyglądać TAK, a nie TAK. Przy pierwszym TAK wskazując na swój kwadrat, a przy drugim TAK, na resztę podłogi. Następnie oddala się. Krnąbrny chłopak tymczasem wylewa w postaci zygzaków całą butelkę cifu wzdłuż i wszerz kuchni, na co ja nie mogąc dłużej patrzeć, udaję się w dalsze poszukiwania miejsca do spania.
Miejsca do spania nigdzie nie znalazłam. Zmuszona byłam podjąć desperacki krok zapakowania się w śpiwór i położenia na jedynej koi, na której nie było rozłożonych czyichś rzeczy, czyli zachodziła ewentualność, że może jest ona niczyja. Nie była niczyja, o czym przekonałam się z godzinę później, gdy nowa załoga zeszła na dół po kamizelki ratunkowe i ktoś zaczął mnie szarpać. Byłam kompletnie nieprzytomna, wyciągnęłam stopery z uszu, wymamrotałam, że pójdę sobie, jak się wyśpię i zasnęłam na nowo.
Po wybudzeniu się z kolejnej dawki snu, zaczęłam rozpoznawać ludzi i ludzie zaczęli rozpoznawać mnie. Sąsiadem z koi obok okazał się krnąbrny chłopak, który nie darował sobie komentarza na temat moich porad cifowych. I tak szczęście, że nie zapakowałam się do jego koi.
Właściciel tej do której się zapakowałam,  okazał się bardzo sympatyczny. Ponoć, gdy przyszedł po szelki i zobaczył w swojej koi kawałek wystającego ze śpiwora, nieruchomego człowieka, pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy była taka, że może są to zwłoki kogoś, kto umarł w czasie poprzedniego rejsu. Gdy okazałam się żywa, zaczął entuzjastycznie wypytywać mnie o różne rzeczy i tak przy dwudziestym piątym pytaniu spotkaliśmy Daniela, który od czasu powrotu z miasta prowadził systematyczne poszukiwania mojego miejsca pobytu.
Dzień chylił się ku końcowi, a zostało nam jeszcze obmyślenie planu jak tu jutro dojechać na lotnisko na piątą rano i nie zapłacić 30 euro za taksówkę. Mózgiem operacyjnym był jak zwykle Daniel i od wczoraj wyprodukował plan od A do E, przy czym plan E zakładał kradzież wózka z supermarketu, załadowanie do niego plecaków i dojście na lotnisko pieszo. Najrozsądniejszy plan A mówił o tym, aby namówić Andrew na pożyczenie nam samochodu, który miał do dyspozycji w porcie. Do tego delikatnego i wymagającego uroku osobistego zadania zostałam oddelegowana ja. Nie było jednak trudno, bo Andrew się w ogóle nie opierał. Postawił tylko warunek że mamy sobie znaleźć kierowcę, bo on o piątej rano zrywał się nie będzie. Znaleźliśmy chłopaka, któremu zajęłam koję.
Wieczór spędziliśmy w portowym barze w towarzystwie fajniejszej części nowej załogi. Okazało się, że krnąbrny chłopak zdążył już weżreć się w pamięć paru osobom niczym rdza. Zwłaszcza zaś chłopakowi, któremu zajęłam koję, który jest z nim w jednej wachcie. Poradziliśmy mu z Danielem, aby rozsiał plotki, że krnąbrny chłopak za nic ma Bosmana i uważa go za wariata. To powinno odnieść oczekiwany skutek, gdy tylko Bosman ją usłyszy.
 
4 października
 
Trzeba było wstać o skandalicznej czwartej nad ranem, żeby dojechać na lotnisko na piątą i dowiedzieć się, że lot o szóstej jest opóźniony o godzinę.
Cały dzień przysypialiśmy, a to w sali odlotów, a to w samolocie, a to w kolejnej sali odlotów i tak w kółko, bo lot był skomplikowany. Z Funchal do Lizbony, z Lizbony do Paryża, z Paryża do Warszawy. Im bliżej domu tym zimniej. Im dalej od Madery tym więcej tobołów w rękach. Daniel obkupił bowiem w sklepach bezcłowych całą rodzinę: mamę, tatę, trzech braci, trzy bratowe i liczne ich potomstwo, ciocie, wujków i tak dalej i tak dalej. Tak silne więzy, czyt. powiązania z szeroko rozumianą Familią, świadczą jedynie o tym, że oficjalne nazwisko Daniela jest tylko przykrywką, a tak naprawdę nazywa się on Corleone.
I tak to, od jednej bramki do drugiej zbliżaliśmy się do domu, zdejmując ośmnaście razy pasek, bo za każdym razem pikał, zaliczając dwukrotnie kontrolę osobistą, a raz szczegółową bagażu podręcznego. Największe podejrzenia wzbudziła o dziwo mała buteleczka niedopitej coca coli z poprzedniego lotu oraz nieco zmiażdżony owoc anony, na której temat francuski strażnik formułował podchwytliwe pytania i weź mu człowieku wytłumacz, że to anona, a nie tajemna broń biologiczna. Dolecieliśmy wieczorem, po 12 godzinach podróży.
W Warszawie powitał nas ostry podmuch lodowatego wiatru.
Koniec
Opublikowano: 
sobota, 4. Październik 2008 - 2:00