Pogorią do kraju...

pogoria-logo.svg

Relacja z Pogorii

Autor:
Krzysztof Jamrozik
Nicea - Gdynia 2020 / fot. K. Jamrozik

Nicea - Malaga - Gdynia

07.03.2020 - 04.04.2020

dedykuje Kapitanowi Wojtkowi Wilkowi

Bywają takie chwile w życiu człowieka – żeglarza – marynarza, że musi podjąć szybką decyzję w obliczu zastanej trudnej sytuacji...

Plan rejsu prawie zrealizowany: zaplanowane wejście do Loano, wymiana załogi, wszystko z planem. I nagle telefon, który zmienia wszystko...

Sytuacja zagrożenia wirusem dociera również do nas, na pokład Pogorii. To, co nierealne, staje się faktem.

W słuchawce słyszę Dyrektora, który oznajmia mi krótko: NICEA! Nie Loano! Nie wiadomo, co z wymianą załogi! Są wielkie wątpliwości, pytania co dalej, jak będzie...

Hmm... jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy ze słów Marka (Dyrektora): „...licz się z tym, że być może będziesz musiał zostać na statku...”. Pomyślałem: „Jakiś kosmos, co się dzieje?...”

Jednak udało się, następna załoga dotarła do Nicei i wydawało się wszystko przebiegać normalnie,  jak zawsze...

Wymiana załogi, przekazanie statku następcy, kpt. Andrzejowi Ziajko, życzenia powodzenia itd.

Po powrocie do kraju, zdałem sobie sprawę, iż nie jest już normalnie. Następnego dnia po powrocie dotarła do mnie informacja z biura: „Pogoria wraca do kraju! Zbieramy ekipę ‘szkieletową’ i jedziemy bez zawijania do portów”.

Wtedy nadeszła walka z myślami: jak będzie?, płynąć czy nie?,ale z kim? To kilka tygodni w morzu… a rodzina?… praca?…? Jak to wszystko pogodzić?

Po powrocie i tak 14 dni kwarantanny, więc po przeanalizowaniu sytuacji, w jakiej się znalazłem, rodzina pomogła podjąć decyzję: płyń, bo i tak siedzisz zamknięty, odizolowany od nas – tydzień czy dwa więcej to już nie ma znaczenia…

Decyzja zapadła.

Dwa dni później byłem już w biurze, spakowany, w ferworze przygotowań do wyjazdu, pomagając załatwiać ostatnie sprawy związane z powrotem statku do kraju. W biurze panowało napięcie, krótkie wymiany zdań, decyzje Dyrektora i Zarządu. Nie było czasu na dyskusje… Sytuacja trudna…

Następnego dnia – autokar. Jedziemy.

Przeprowadzenie statku armator powierzył doświadczonemu kapitanowi Wojtkowi Wilkowi. Ja podjąłem się wyznaczonej roli oficera wachtowego. Nie znaliśmy się z Wojtkiem wcześniej – znaczy nie pływaliśmy razem, ale dużo wiedzieliśmy o sobie, jak to w tym małym światku bywa. Pierwsze spotkanie, rozmowa i… „zasprzęgliło”! Wspólny cel i sytuacja statku są priorytetem dla każdego z nas.

W autokarze poznaję resztę załogi – skrupulatnie dobraną przez Dyrektora! Znam Jacka R., drugiego Jacka B. jest dobrze. Ale nie znam młodych ludzi… Pierwszy raz ich widzę! Mam pewne obawy, jak będzie, jednak kilkanaście godzin spędzonych na rozmowach w autokarze, powoli rozwiewa moje wątpliwości.

Na statku, po przydzieleniu obowiązków przez Wojtka – Kapitana, szybko weryfikuję swoje wątpliwości: każdy robi, co do niego należy i widzę, że młodzi ludzie, których poznałem w autokarze, znają statek, wiedzą, po co przyjechali i jak trudne zadanie stoi przed nami wszystkimi. Po wyjściu w morze, po pierwszych 24 godzinach wszystkie moje wątpliwości odeszły w niebyt! Załoga zgrała się w ciągu kilku godzin! Jest dobrze i miła atmosfera udziela się wszystkim.

Jest nas w sumie 16 osób. Heniu – starszy oficer – obejmuje I wachtę, ja – II-gą, dotychczasowy mechanik Kaziu obejmuje III wachtę, Jacek R. – IV. Idziemy do przodu! Kapitan Wojtek przedstawia swoją koncepcję na najbliższe dni. Analizujemy prognozy pogody, dyskutujemy nad planem prac, korzystając z dobrej pogody, póki jeszcze jest. Czas dyskusji przy kawie minął. Jasne polecenia Kapitana oraz Henia gonią nas do pracy. Trzeba przygotować statek do przejścia Atlantyku i Morza Północnego. Warunki spodziewane nie będą najlepsze, więc każdy ciężko pracuje. Jest to pierwszy etap naszego wspólnego rejsu, a już możemy liczyć na wzajemną pomoc – bez pytania i podpowiedzi.

Dzisiaj, pisząc te słowa, zastanawiam się, jaką intuicję miał nasz Dyrektor dobierając ludzi na tak trudne zadanie. Trafił w dziesiątkę. W 24 godziny stworzyliśmy zespół, zgrany, profesjonalny… Już każdy wiedział, że może liczyć na drugiego… Każdego dnia na podniesieniu bandery, Kapitan Wojtek motywował nas do ciężkiej pracy, stawiając kolejne zadania, ale z wielką dbałością o nasz wypoczynek. Zmęczona załoga nie jest w stu procentach przydatna. I to jest prawda. Przy zadaniu, które było przed nami, wypoczynek był bardzo ważny. Nikt z nas nie wiedział, co nas czeka na oceanie!

Po tygodniu docieramy do Malagi – to jedyny postój zaplanowany – ale nie schodzimy na ląd ze względów bezpieczeństwa. Tankujemy paliwo i wodę, i przed północą wychodzimy w morze. Przed nami Gibraltar. Spodziewamy się mgły, więc kto nie musi, idzie spać, aby mógł wspomóc wachtę na tę okoliczność.

Gibraltar przechodzimy szczęśliwie w dzień, bez mgły. Do Gibraltaru zdążyliśmy pod wodzą Henia wymienić trochę takielunku ruchomego. Wojtek spędził kilka ładnych godzin robiąc sploty – w tej podróży Kapitan pracował, jak każdy z nas, mimo swoich kapitańskich obowiązków. Mariusz „Wydra” – dzisiaj wiem już, że jest to „Wydra górska” – śmigał po rejach jak kozica. Zaklarował „na mocno” brama i bombrama. Heniu wiedział, że tak trzeba: nie postawimy tych żagli, a jak przyjdzie 9°B to nam je wyszarpie, więc trzeba „na sztywno”. Pod pokładem cisza jak nigdy, pusto, dziób sklarowany bez załogi. Czas na naprawy mebli, pranie pokrowców, przeglądy. Wiele rzeczy działo się równocześnie i trudno je teraz wymienić i opisać. W każdym razie nasza ekipa pracowała cały czas, korzystając z pogody i warunków. Niestety wiatr przeciwny, choć niezbyt silny, dominował, więc dominował też silnik ze sztakslami. Jak to określił Wojtek: „Nie mamy czasu na żeglarstwo, mamy zadanie do wykonania!” Niestety – brutalna prawda. Trzeba było gonić mile z wielu powodów. Czas był głównym wyznacznikiem naszej podróży. Nie było czasu na turystykę i halsowanie. Za nami padały kolejne „wirusowe mosty”. Gdy mijaliśmy Gibraltar, Hiszpania zamknęła granicę wprowadzając zakaz kotwiczenia i dryfowania na wodach terytorialnych. Za Hiszpanią poszła Portugalia i Francja… Taka sytuacja nas prześladowała przez cały rejs… Coraz bardziej docierała do nas świadomość, że nie mamy gdzie się schować, gdyby coś… Nikt nas nie wpuści do portu… a jeśli już, to zostaniemy tam na długo…

Mijamy Cabo de São Vicente („przylądek ciepłych gaci”) – temperatura zaczyna się zmieniać. Im bardziej na północ, tym chłodniej. Polarki i koszulki ustępują powoli miejsca swetrom, dwóm polarkom i sztormiakom… czapeczki i kaptury wracają do łask… Trzeba dbać o siebie, aby nie zachorować! Nikt z nas nie może pozwolić sobie na takie ryzyko!

Eol i Neptun na Oceanie są dla nas łaskawi. Prace na statku trwają nadal mimo przeciwnych wiatrów.

W miłej, pracowitej atmosferze upływa wachta za wachtą, kambuz za kambuzem aż do Cabo Finisterre. Czas upływa, my płyniemy, niedogodności temperaturowe Sylwek wyrównuje nam specjalnym menu, nie odbiegającym bardzo od standardowego, a jednak podane w taki sposób że… mniam!

Skaczemy, nie bez obaw, przez Biskaje. Nie zazdrościłem Wojtkowi konieczności podjęcia decyzji. Dyskutowaliśmy wszyscy nad prognozą i jaką taktykę obrać. Henia doświadczenie, Wojtka wyczucie, prognozy Tomka i Jejku… i również moje dwa grosze w dyskusji… Wojtek zdecydował: „Panowie taktyka taka. Robimy tak i tak. Priorytet taki.”. No i poszło!

Decyzje Kapitana zrealizowane i przed nosem mamy już Ouessant. Niestety Francuzi nie pozwolili iść nam poza TSS, więc musimy nadrobić dookoła kilkadziesiąt mil. Jakoś to wszyscy przełknęliśmy, ale zmęczenie nieprzespanych nocy Kapitana na taki obrót sprawy dawało na jego twarzy wyraz jednoznaczny – pozostawię to bez komentarza.

Kanał Angielski i prąd z wiatrem w dziób. Prognozy takie sobie i zapowiedzi długiego nadciągającego sztormu z kierunków N. Nikomu z nas nie było do śmiechu. Ale statek przygotowany i my również, aby stawić czoło warunkom. Dyskusje w wąskim gronie o pogodzie. Analizujemy, robi się coraz bardziej trudno, pogoda przyśpiesza nagle, wiatr zmienia się z każdą otrzymaną prognozą. Wojtek rozważa schowanie się pod S brzegiem UK, ale jeśli nas wiatr zamknie? Co wtedy? Tydzień stania, bo Dover Strait nie przejdziemy w takich warunkach, jak się rozwieje z E. Czy nam Anglicy pozwolą rzucić kotwicę? Wiele dylematów, wiele pytań, niewiadomych i brak jasnych odpowiedzi…

Chyba mogę przyznać, że to był moment, kiedy cieszyłem się, że nie jestem kapitanem i nie muszę podejmować decyzji…

„Upał zelżał”. W zejściówce rufowej mocujemy koce, tworząc śluzy chroniące choć trochę przed zimnym wiatrem. Temperatura nam dokucza, a wiatr w dziób, wpada wprost pod pokład. Grzejniki pracują pełną parą, ale mimo wszystko jest troszkę chłodniej pod pokładem niż zazwyczaj bywa.

Wiatr się zmienił. Idziemy w Dover… mając przed sobą nadchodzący sztorm z N na Morzu Północnym. Jeszcze przed Dover odbieram informację o zamknięciu granic przez Holendrów. Informuję Kapitana. Próba schowania się „na haku” koło Antwerpii spotyka się z odmową Holendrów. Decyzja: idziemy na N wzdłuż UK.

Przechodzimy tory między statkami idąc na N, wiatr z N 40-50 kn, chowamy się przed falą. Sztaksle wytrzymają, silnik pół naprzód. Patrzę na Wojtka: w środku nocy, niewyspany, zmęczony, ale trzeźwo analizuje sytuacje, wydaje dyspozycje. Realizujemy je i płyniemy. Nie jest łatwo, ale każdy robi swoje.

Kiedyś, na rejsie załoga zadawała pytania: ile osób trzeba, aby poprowadzić Pogorię itd.

U nas brasowanie jedną lub w dwie wachty było standardem. Tylko, że wachta liczyła 3 osoby!!!  Brasowanie w 7 osób – siedem!! bo kapitan wychodził do brasów za każdym razem – stało się normą przy 40 kn wiatru.

Temperatura to nasz wróg! Niestety spada gwałtownie. Wiatr, wilgoć i sól dają się we znaki i to boleśnie. Jeśli ktoś kiedyś śpiewał piosenkę, w której tekście są słowa „sól w oczach boli”, to właśnie mieliśmy okazję tego doświadczyć. Po 4 godzinach wachty, mycie twarzy polegało na zmyciu pierwszych warstw solanki z zamkniętymi oczami, a dopiero potem można było mówić o myciu.

Walka o to, aby „wywindować” się do góry (znaczy na N), trwała 5 dni. Wachta, spanie, posiłek, wachta. Rytm dnia. O pracy nie było mowy – brak warunków. Zaczęliśmy dowcipkować między sobą, że gdy wiatr spada do 40 kn, to znaczy, że jest „luzik”, da się płynąć i wreszcie „zmalało”. Biorąc pod uwagę, iż w tych warunkach fala na Morzu Północnym miała ok. 4-8 m, to w zasadzie taki pomijalny drobiazg. No cóż. „W morje wsjo bywajet”, jak mawiają Rosjanie.

Przed kanałem, mogliśmy zbierać sól z relingów i innych elementów warstwami. Sztormiaki, polary i reszta garderoby miała białe zacieki – nie z brudu – to sól znaczyła swoje ślady.

Wreszcie doczekaliśmy się zmiany pogody, powoli, ale jednak. Kurs na SE i decyzja: Kanał Kiloński! Slalom między wieżami wiertniczymi, aż wreszcie mijamy lewą burtą Helgoland. Wyczekany moment na przypływ przed Elbą – na kotwicy chwila odpoczynku. Idziemy z prądem aby na slaku być przy śluzie. Kanał – przy nadzwyczajnie ładnej o tej porze roku pogodzie, ale w Kilońskiej już następnej doby prognozy wiatr 8°B z W-NW. Uciekamy, aby wyjść z Kilonii i Meklemburskiej. Żeby nas nie przytrzymało.

Wiem, że niektórzy będą analizować mój opis (subiektywny) i prowokować do dyskusji. Odpowiem wprost. Analiza pogody i decyzje podjęte przez Kapitana były ze wszech miar słuszne i chyba najbardziej optymalne w sytuacji, w której byliśmy.

Przechodzimy Kanał Kiloński podziwiając widoki. Na zatoce po raz pierwszy „czujemy zapach domu”. W końcu Bałtyk – jesteśmy u siebie. Ostatni etap podróży. Przed Arkoną przychodzi spodziewany zachodni wiatr, coraz silniejszy. Wreszcie można dać silnikowi odpocząć. Na marslach i foksztakslu idziemy coraz szybciej. Wiatr stężał do 40-50 kn i trzyma. Jazda baksztagiem i fordewindem z falą nie zalicza się do najłatwiejszych. Sternicy robią, co mogą. Zmęczenie zaczyna doskwierać, ale humory dopisują. W nocy jedziemy już z wiatrem o sile ponad 50 kn. O czwartej zmieniam Jacka R. na wachcie. Po piątej przychodzi apogeum wiatru – w porywach ponad 60 kn, a prędkość chwilowa skacze do 13,5 kn. Od czasu do czasu fala rozbija się o kadłub na rufie, a rozbryzgi dosięgają sternika i nawigacyjnej. Tej nocy bijemy rekord – 172 Nm przepłynięte w ciągu doby!

O świcie nadchodzi wytęskniony moment: widać polskie wybrzeże – dom już blisko. Pędzimy z wiatrem. Przy Helu niestety już tylko silnik i, jak to przez ostatnie tygodnie bywało, znowu 30-40 kn w dziób. Do główek portu handlowego w Gdyni człapiemy z prędkością 1,9 – 2,0 kn. O 1940 podajemy cumy z LB na Amerykańskie.

Jesteśmy w domu – w Gdyni. Czas na odpoczynek.

To był trudny rejs, w bardzo nietypowych okolicznościach. Dobrana zgrana załoga stworzyła swoisty klimat w czasie tej podróży. Myślę, że nawiązane przyjaźnie pozostaną już na lata. Bardzo wszystkim dziękuję za atmosferę, wzajemną pomoc i profesjonalną pracę.

Do zobaczenia na pokładzie – oby jak najszybciej!

Z wyrazami szacunku dla całej naszej załogi

DZIĘKUJĘ

Krzysztof Jamrozik „Pingwin”


Ps. 

Specjalne podziękowania dla Kaszëbsczi òrzeł, to już tyle lat razem i z znowu brakło mi tabaki ..... [ch:15]

/Korekta redakcyjna: Kazimierz Robak/

2020-04-04