Piotr Kołodziejczyk

08.06.1939 - 02.09.2019
Kpt. Piotr Kołodziejczyk

Absolwent Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej na Wydziale Pokładowym w 1960 roku. Jachtowy kapitan ż.w.

Dowódca 3 Flotylli Okrętów w Gdyni a następnie Dowódca Polskiej Marynarki Wojennej. Pełnił również funkcję Ministra Obrony Narodowej.

Jeden z bardzo aktywnych członków założycieli stowarzyszenia The Sail Training Association Poland. Bardzo mocno związany z żaglowcem Pogoria, którym dowodził a w roku 2001 przeprowadził go przez Atlantyk.

W latach 1994 - 2001 był Przewodniczącym Prezydium Rady STAP, a w latach 2014 - 2015 Prezydentem STAP.


Atlantyk 2000

Odszedł Piotr.....

Rok 2000 „POGORIA” startuje z Kadyksu via Bermudy do Nowego Jorku. Wśród załogi jestem i ja niżej podpisany. Był to dla mnie wtedy najpoważniejszy morski rejs w życiu. Jechaliśmy do Kadyksu trzy dni autokarem-tanich lotów jeszcze nie było. Sporą część czasu podróży poświęciliśmy na próby wyobrażenia jaki będzie nasz kapitan. Pływałem wcześniej kilka razy na „POGORII”,podobnie jak moi przyjaciele,ale nikt z nas nie miał okazji poznać Piotra. Wiedzieliśmy wtedy tylko tyle,że to wysoki rangą emerytowany oficer MarWoja. Odbyta dawniej służba wojskowa nie pozostawiła mi dobrych wspomnień,reszta naszej krakowskiej ekipy prezentowała podobne nastawienie.” O BOŻE-TREP!!!” No to nie będzie lekko. Ten nam jajka wybierze-takie i podobne opinie dominowały wówczas wśród nas.

Wreszcie Kadyks. Na pokładzie dwie załogi-stara i nowa. Powitania, gwar, szum. Następnego ranka jeszcze parada żaglowców i wreszcie ocean. Pierwszy poranny apel w kameralnej atmosferze-na pokładzie było nas razem ze stałą załogą 30 sztuk. I pierwsze zaskoczenie-wita nas kapitan. Człowiek nieskazitelnej prezencji i nienagannych manier. Spokojny, uśmiechnięty. No po wcześniejszych oczekiwaniach po prostu szok. Przedstawia się - PIOTR KOŁODZIEJCZYK. Zaznacza od razu, że niektórzy tutaj próbują tytułować Go admirałem, ale On sobie nie życzy i koniec !!!. Admirałem to był dawniej, a teraz jest tylko kapitanem tego pięknego żaglowca i prosi o ograniczenie tytułomanii do prostego „kapitanie”. Tak nawiasem mówiąc, to Piotr proponował później tym których polubił /zaszczycił tym i mnie/ przejście na mówienie sobie po imieniu. W praktyce wyglądało to tak, że On mówił mi po imieniu, a ja mimo napomnień z Jego strony dalej waliłem „Panie Admirale”. Nic innego nie przechodziło mi przez usta. Nie wobec człowieka tej klasy. Pod koniec rejsu udało mi się już wykrztusić „Panie Kapitanie”. Czas, kiedy przeszło mi przez usta „Piotrze” nastąpił dużo później, ale i tak byłem wtedy pewien, że zaraz niebo spadnie mi na głowę za takie świętokradztwo.

Wracam do naszego pierwszego wspólnego rejsu. Piotr pierwszy raz dowodził wtedy „POGORIĄ”. Nie znał jeszcze detali jej obsługi, ale dowodził statkiem w stu procentach i nikt nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Było jasne jak prawdziwe było tu określenie „pierwszy po Bogu”. Pozwalał oficerom na praktycznie samodzielne prowadzenie statku. Nikomu jednak nie przyszło do głowy odebrać tego jako brak nadzoru, każdy czuł się zaszczycony takim zaufaniem. Jak to robił? Po prostu był sobą !!!. Ale pamiętam też sytuację kiedy nocny alarm ”do żagli” wyszedł nam jakoś tak... niemrawie. Nic się nie działo, chodziło o korektę brasów, czy coś takiego. Piotr zmilczał, pozwolił dokończyć manewry, a potem, przez zaciśnięte zęby, powiedział baaaardzo spokojnie „A teraz panów oficerów zapraszam do mnie”. Czterech oficerów w szyku marszowym, ze spuszczonymi głowami udało się do kapitańskiego salonu. Trzasnęły drzwi i po niedługiej chwili czterech oficerów wyszło z jeszcze bardziej spuszczonymi głowami. A Piotr po prostu krótko opowiedział czym może grozić opóźniania manewrów. Pamiętam ostatni fragment tego ochrzanu - Panowie, czasem po spóźnionym alarmie zostaje tylko ogłosić ABANDON SHIP. Cóż, pokazał wtedy jak skutecznie szkolić załogę bez krzyku i tzw mięsa.

Pamiętam też inną historię. Podchodzimy pod Bermudy, po trzech tygodniach na oceanie. Rozchodzi się wieść, że parę osób proponuje ograniczenie postoju do ośmiu godzin. Zbieram się na odwagę, melduję się u Piotra i proszę o chwilę rozmowy. ”Oczywiście, zapraszam,o co chodzi?”. Referuję sprawę, mówię że chcielibyśmy zwiedzić Bermudy. ”Wiecie co zwiedzać?” Na szczęście byłem przygotowany. „Ile czasu potrzebujecie ?” Odpowiadam że trzy doby. ”Zgoda” Pytam,czy mogę ogłosić to załodze - ”Oczywiście”. Zreferowanie problemu, podjęcie decyzji i wygłoszenie jej zajęły Piotrowi tyle czasu ile mnie dojście od drzwi kabiny do stołu w kapitańskim salonie. Jeżeli ktoś wątpił kiedykolwiek w klasę Piotra to niech sobie przeczyta raz jeszcze ostatni fragment.

Z czasów tego rejsu zostało mi jeszcze jedno wspomnienie. Otóż nie ma co kryć, że czasem ktoś /no cóż, ja też/ meldował się u Piotra z małą propozycją „Może łyczek dobrej whisky? ”Odpowiedź była niezmienna - NIE BĘDĘ SIĘ ROZDRAŻNIAŁ !!! Piotr nie gardził tzw. suto zastawionym stołem w czasie różnych imprez portowych, ale znalazł sposób, aby w morzu odmawiać zdecydowanie i elegancko. A ja do dzisiaj opowiadam ludziom tę anegdotkę o Nim. I czasem sam korzystam z tego sposobu.

Piotrze, jeśli patrzysz na nas tam, z plaży w Fiddler's Green, to chciałbym powiedzieć  jeszcze jedno: Ludzie nie umierają tak długo, jak długo ktoś ich wspomina. Więc prognozuję Ci jeszcze długie życie.

Ja na pewno nigdy Cię nie zapomnę.

Janusz Garduła

2019-09-09